Wesprzyj Sybirak.pl

Chleb jest jak te ziemniaki, że się je kraja, że jest smakowity. Krystyna Zwierkowska z d. Mędzela

Helena Urbańczyk

Stubno w powiecie przemyskim to wieś, w której przed II wojną światową żyli obok siebie Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Rzymscy i greccy katolicy tworzyli między sobą rodziny mieszane.

Duża wieś liczyła dwadzieścia cztery polskie gospodarstwa, których mieszkańców nazywano kolonistami. Tym, co różniło w sposób znaczący Polaków i Ukraińców, to status ekonomiczny. Polacy, ze względu na swoje pokaźne majątki, mieli być, jak wspomina pani Krystyna, od początku „solą w oku”: „A bo bogaci, a bo mają rower, którego jeszcze nie widzieli. Dziadziu przywiózł rower… i to wszystko było solą w oku”.

Po okresie wieloletniej emigracji zarobkowej w USA Zachariasz Mędzela zakupił grunta w Stubnie. Każde z jego czwórki dzieci również wybudowało nowy dom w niedalekiej odległości od rodzinnego gospodarstwa, zakładając własne rodziny.

Wawrzyniec Mędzela, jedno z czwórki dzieci Zachariasza i komendant Związku Strzeleckiego w Stubnie, ożenił się z Anną, z którą doczekał się trójki dzieci: syna Józefa oraz dwóch córek: Marii i Krystyny.

Wawrzyniec Mędzela w mundurze Związku Strzeleckiego

Od chwili zajęcia Stubna przez wojska ZSRR 17 września 1939 roku Wawrzyniec był nieustannie przesłuchiwany. Przez okres czterech miesięcy rodzinę inwigilowano, a dom był poddawany licznym rewizjom. Dotychczasowe antagonizmy na tle etnicznym doszły do głosu za sprawą starej zasady rządzenia divide et impera („dziel i rządź”), polegającej na przydzielaniu Ukraińcom stanowisk w strukturach milicji.

Wawrzyniec w mundurze Związku Strzeleckiego

10 lutego 1940 roku o godzinie trzeciej nad ranem do okien domu rodziny Mędzelów załomotali funkcjonariusze NKWD, wśród których był miejscowy Ukrainiec Chołod. Anna, poinformowana o tym, że ma piętnaście minut na opuszczenie domostwa i spakowanie kufrów, popadła w stan rozpaczy i niemocy. Wsadzona na siłę do sań zdobyła się na ogromny gest godności. Zanim konie ruszyły, wstała i zażądała, aby jeszcze na chwilę otworzyć drzwi jej domu. Ukrainiec Chołod odburknął, że dom nie należy już do niej, mimo to jeden z Rosjan pozwolił kobiecie wejść do domostwa, z którego Anna wyniosła przywiezioną kilka lat wcześniej z rekolekcji niewielką figurkę Matki Boskiej. Stanąwszy przed domem, donośnym głosem oświadczyła: „Ciebie, Matko Boska, czynię gospodynią mojego domu i mojej rodziny, nad którą czuwaj, ale nie ciebie, Chołodzie!”, po czym z powrotem usiadła na saniach.

W dniu wywózki matka Krystyny miała trzydzieści sześć lat. Jej mąż był o rok starszy, ich syn Józef miał 14 lat, córki – Maria 10 lat, a najmłodsza Krystyna zaledwie półtora roku. W tym składzie odwieziono rodzinę na stację kolejową do Medyki, gdzie oczekiwali jeszcze dwa dni na dowiezienie aresztowanych. Tam Mędzelowie spostrzegli, że z ich rodzinnych stron wywożą wszystkich kolonistów, jak również urzędników leśnych i kolejowych. Pociąg ruszył.

Talizman rodzinny

W wagonie, który zajmowali, było około trzydziestu osób, w tym dwójka trzymiesięcznych dzieci. Krystyna, zawinięta w pierzynę, leżała na pryczy. O tym, jak ciężkie warunki panowały w transporcie, świadczy fakt, że czapka 1,5-rocznej dziewczynki przymarzła do ściany wagonu. Ponad czterotygodniowa podróż przerywana była na postoje, które odbywały się raz na dwa dni i podczas których podawano do wagonów gorącą wodę. Pociąg ostatecznie dotarł do Pimy (Krasnojarski Kraj).

Przybyli z Polski „przywitani” zostali przez kierownika kołchozu słowami: „Zapamiętaj, tu się urodziłeś i tu zdechniesz. Jak swojego ucha nie zobaczysz, tak nigdy Polski nie zobaczysz”, po czym oddelegowani do baraków pamiętających, jak mówi pani Krystyna, jeszcze czasy powstań. W żeliwnym piecyku grzano mokrym drzewem iglastym, które nieustannie dymiło się i bardzo wolno rozgrzewało.

Anna i Wawrzyniec oddelegowani zostali do pracy w tajdze. Do obowiązków brygady należało ścinanie drzew, odrąbywanie gałęzi i piłowanie długich pni na mniejsze, a ostatecznie spławianie drzewa rzeką. Gałęzie odnoszone były również na trasę budowy powstającej wówczas kolei transsyberyjskiej.

W roku 1941, po ogłoszeniu amnestii, Mędzelowie przenieśli się do Siemionówki, w której przebywali aż do końca zesłania. Ojciec, który nauczył się wraz z synem Józefem fachu szewskiego, zatrudniony został w sierocińcu. Matka Anna początkowo pracowała przy noszeniu wody, później podjęła pracę jako praczka. Codzienność dzieci, które nie chodziły do szkoły, polegała na łuskaniu wyznaczonej przez mamę ilości lebiody oraz zbieraniu kłósek, jeśli nadarzyła się taka okazja.

Zaświadczenie z Archiwum Państwowego w Przemyślu o przybyciu

Mędzelowie zajęli dom po synu Dieda Bojdy, który poszedł na front. Died Bojda – rosły mężczyzna, przypominający polskiego szlachcica (jak zwykła mawiać Anna) – stał się przyjacielem rodziny. Jego głęboka religijność była przyczyną, dla której wrogo odnosił się do nowo panujących porządków politycznych, darzył Polaków głęboką empatią. Kiedy od czasu do czasu rozgrzewał banię, wspinał się na pagórek w pobliżu domostwa, które zajmowali Mędzelowie, i krzyczał „Ciotka Anna! Bania hotowa!”. Po czym cała rodzina udawała się na wspólną kąpiel, po której gospodarz zapraszał na przygotowany wcześniej w samowarze gorący czaj.

W 1943 roku Wawrzyniec Mędzela powołany został do wojska. Zmobilizowano go do I Armii Wojska Polskiego im Tadeusza Kościuszki. Wojenne koleje zaprowadziły go aż do manewru forsowania Odry, w czasie którego został poważnie ranny. Odbywszy rekonwalescencje w szpitalu wojskowym, sam podjął służbę w kolejowych strukturach sanitarnych.

W tym czasie jego zona i dzieci zmagały się z syberyjską rzeczywistością. Krystyna Mędzela z rozrzewnieniem wspomina wigilię, podczas której mama upiekła ziemniaki. Świąteczne danie zostało podzielone na części. Wtedy właśnie Anna tłumaczyła małej Krystynie, czym jest chleb: mówiła, że jest „jak te ziemniaki, że się go kraja, że pachnie, jest smakowity…”.

Dziewczynce dopiero po powrocie do Polski, w wieku siedmiu lat w domu cioci przyszło się przekonać, o czym Siemionówce próbowała powiedzieć jej mama.

Nadanie Wawrzyńcowi Mędzeli medalu Zwycięstwa i Wolności.

Powrót nastąpił w 1946 rou. Przed podróżą Died Bojda zbił dla Anny i jej dzieci beczkę na wodę pitną, która niezwykle przydała się w podróży. Mijając granicę państw, wracający z zesłania Polacy, przy ogromnym zdziwieniu ich dzieci wybiegli z zatrzymanego pociągu do najbliższego, znajdującego się nieopodal kościoła i padli krzyżem, modląc się głośno i roniąc łzy radości. Jak wspomina Krystyna Mędzela: „Jest Brześć, przekraczamy granicę. Pociąg się zatrzymał na dłużej, zjechał na bocznicę i wszyscy opuścili pociąg i biegną, wszyscy… my też z nimi biegniemy, dzieci. Co się będzie działo? Czemu oni uciekają? Czy będzie coś się działo? Nikt nic nie wie. Kościół był, wieżyczka widoczna, wszyscy pobiegli przed kościół i wszyscy padli krzyżem”.

Pociąg dotarł finalnie do Szczecina, a pięciu kolonistom ze Stubna oświadczono, że mogą zająć dowolne gospodarstwo. Niezależnie od tego Mędzelowie postanowili powrócić w rodzinne strony, do Przemyśla.

Krystyna Zwierkowska z d. Mędzela. Portret z 2018 roku.

Pani Krystyna jest emerytowaną nauczycielką. Zawód wykonywany przez lata był dla niej prawdziwą pasją – życiowym zamiłowaniem. Według niej fach nauczycielski, obok lekarskiego oraz posługi kapłańskiej, związany jest z największą odpowiedzialnością, ponieważ źle wykonywany może wyrządzić wiele szkody. Krystynie Mędzeli towarzyszy nieustannie figurka, którą matka nakazała przekazywać z pokolenia na pokolenie.

Udostępnij