Wesprzyj Sybirak.pl

Dzieci się rodziły bez względu na wszystko. Bronisława Tratkowska i Ludmiła Komardin

Bronisława Tratkowska, urodzona w okolicach Kamieńca Podolskiego, jesienią 1936 roku została deportowana do północnego Kazachstanu wraz z całą rodziną

Zebrała i opracowała: Helena Urbańczyk

Bronisława Tratkowska, urodzona w okolicach Kamieńca Podolskiego, jesienią 1936 roku została deportowana do północnego Kazachstanu wraz z całą rodziną – ojcem Franciszkiem, matką Rozalią, siostrą Adelą i bratem Bolesławem.

Rodzina Tratkowskich. Od lewej: ojciec Franciszek, syn Bolesław, stoi córka Adela, siedzi Bronisława

Wieści o wywózce doszły do Franciszka już poprzedniego wieczoru, kiedy to sąsiad doradzał mu ucieczkę. Zdając sobie sprawę z nieuchronności swojego położenia, potęgowanego między innymi ciążą małżonki, gospodarz pozostał we własnym domu. O poranku następnego dnia w domu Tratkowskich pojawili się funkcjonariusze milicji, którzy oświadczyli, że rodzina ma dobę na spakowanie dobytku. Ostrzegli, że podróż potrwa długo i zaznaczyli, że można wziąć ze sobą wszystko, ponieważ na miejscu „nic nie dostaną”. Naiwny entuzjazm dzieci spowodowany informacją o wyjeździe nie licował z powagą sytuacji, w jakiej znalazła się  Rozalia i Franciszek, którzy w jednej chwili stanęli w obliczu trwałej rozłąki z najbliższymi – własnymi rodzicami
i rodzeństwem. Należy podkreślić, że deportacje ominęły wówczas osoby pochodzące z rodzin mieszanych, stąd też nie wszyscy mieszkańcy narodowości polskiej zostali wpisani na listę deportowanych.

We wrześniu 1936 roku na stacji kolejowej w Felsztynie wraz z innymi Polakami rodzina Tratkowskich została oddelegowana do wagonu towarowego, którego jedynym wyposażeniem były piętrowe prycze. W ten sposób Franciszek i Rozalia wraz z dziećmi zostali przesiedleni do miejscowości Oziornoje (obw. Kokczetaw), gdzie dotarli w październiku.

Córka pani Bronisławy, Ludmiła, powołując się na wspomnienia nieżyjącego już dziadka Franciszka nadmieniła, że po przyjeździe administracja i wojsko nie zdradzało Polakom nazwy miejsca, w którym przyszło im budować na nowo swoje życie. Zamiast tego posługiwano się określeniami „Punkt 1”, Punkt 2” itd. Co więcej, aresztowanym zabrano wszystkie dokumenty tożsamości i wydano na nowo po roku 1956 z propozycją o zmianie narodowości, imienia i nazwiska. Nazwy własne nowo powstałych osad i otoczenia nadawali właśnie pionierzy, którzy z biegiem czasu wrastali w okolicę.

W pierwszym okresie pobytu osadzonych w Oziornoje, wśród których byli przedstawiciele wielu narodowości takich jak Polacy, Niemcy, Ukraińcy, Koreańczycy, Łotysze, obowiązywał codzienny obowiązek meldowania się u komendanta przy jednoczesnym zakazie oddalania się od osady. Z czasem obowiązek meldunku był rzadszy. Każde oddalenie się od osady, na przykład w celach wyprawy do położonego w pewnej odległości lasu, musiało być poparte pozwoleniem komendanta.

Niezależnie od tego nowo przybyli osadnicy podejmowali próby ucieczki w stronę stacji kolejowych. Gnani tęsknotą za każdym razem byli jednak łapani przez milicję. Znane są pani Ludmile losy rodziny Stawskich, których syn po nieudanej ucieczce osadzony został w łagrze, co odbiło się na całe lata poczuciem krzywdy jego krewnych.

Ponieważ pierwsi osadnicy przyjechali do osady Oziornoje dopiero cztery miesiące przed rodziną Tratkowskich, w październiku Rozalia i Franciszek zastali na miejscu namioty, z których składało się całe zaplecze logistyczne obozu. Sami zakwaterowani zostali w domku składającym się z pokoju i kuchni, które przyszło im dzielić z inną czteroosobową rodziną. Pomimo ścisku, jaki panował w niewielkim domostwie, obie rodziny żyły w zgodzie.

Surowe warunki życia w nowym miejscu wymagały od Polaków natychmiastowego przystosowania się. W kolejnym sezonie letnim po przyjeździe Tratkowscy wybudowali własne domostwo, którym była surowa ziemianka. Zdobycie materiałów na konstrukcję wymagało tygodniowej wyprawy do lasu. Franciszkowi w drodze towarzyszyła córka Bronia. W czasie leśnej wędrówki ojciec i córka odbyli spotkanie z watahą wilków. Franciszek, zachowując zimną krew, nakazał córce zachować spokój i ciszę. Z pomocą światła pochodni udało im się przepłoszyć zwierzęta, a wyprawa zakończyła się szczęśliwie.

Walka człowieka z żywiołem dzikiej przyrody obecna była nieustannie w życiu nowych osadników z Polski. Stepowe zimy wspominane są przez panią Bronisławę z godną podziwu pogodą ducha. Oto jedna z opowieści przywołuje incydent, kiedy to matka Rozalia, wracając z oddalonego parę kilometrów kołchozu, gdzie pracowała przy udoju krów, zastała swoją osadę zasypaną śniegiem aż po kominy domów. Obierając intuicyjnie kierunek marszu, przechodziła wraz z koleżanką koło kolejnych zasypanych domostw, rzucając w otwór „wyrastającego” ze śniegu komina pytanie: „Kto tam mieszka?” i w ten sposób wróciła do swojej rodziny.

Tratkowscy w pierwszy dzień szkoły 1 września. Od lewej: stoi Bronisława, na taborecie Marysia, obok niej córka Adela, syn Boleslaw i matka Rozalia

Po przyjeździe do Kazachstanu obowiązywał zakaz mówienia w ojczystym języku jak również kultywowania religijnych tradycji. Niezależnie od tego deportowani w miarę swoich możliwości urządzali msze święte odbywające się w sposób rotacyjny, w kolejnych domach. Przy zasłoniętych oknach i warcie, którą pełnili zwykle mężczyźni. Przez pierwsze dwadzieścia lat rytuały religijne odprawiane były przez najstarsze polskie kobiety. Dopiero po upływie tego czasu kapłan dojeżdżał sporadycznie do miejscowości, co spowodowane było oddaleniem parafii o całe pięćset i więcej kilometrów (!). Co ciekawe, konieczność odprawiania religijnych spotkań uwzględniana była z czasem przez Polaków przy budowie domów, w których planowano większe izby ażeby pomieścić licznych gości (wiernych).

Sekretne polskie nabożeństwo rzymskokatolickie w Kazachstanie przy zasłoniętych oknach domu

Życie wśród przedstawicieli różnych narodowości z biegiem czasu doprowadziło do przenikania się kultur przybyłych osadników. Jak trafnie ujęła tą kwestię Pani Ludmiła: „Życie się toczyło. Ludzie się kochali, dzieci się rodziły bez względu na wszystko”. Nowi osadnicy z biegiem czasu nawiązywali przyjaźnie, które trwały latami, niezależnie od późniejszych zmian miejsc zamieszkania.

Bronisława Tratkowska przy pracy jako telegrafistka w Kazachstanie

Pani Bronisława przez lata pracowała na stanowisku kierowniczki telegrafu. Jej córka Ludmiła urodziła się w 1956 roku w Kiellerowce, miejscowości położonej nieopodal  Oziornoje w obwodzie  Kokczetawskim. Ukończyła filologię rosyjską na uniwersytecie w Celinogradzie (współcześnie stolica Astana) i w latach 90. podjęła starania o powrót w ojczyste strony. Po okresie zmagania się z wieloma trudnościami, determinowana tęsknotą za ojczystym krajem, z pomocą życzliwych osób zamieszkała wraz z mamą Bronisławą, dziećmi i mężem we wsi Strachocina.

Udostępnij