Wesprzyj Sybirak.pl

Jak napadało śniegu, szliśmy po słupach telefonicznych. Honorata Stackiewicz

Krystyna Jarosz

Honorata Stackiewicz w rozmowie z Krystyną Jarosz

Nazywam się Honorata Stackiewicz. Urodziłam się w Dzierżyszkach, parafia Ejszyszki na Wileńszczyźnie. Moi rodzice to Witold (ur. 10.11.1903 r. w Dzierżyszkach, zm. 16.02.1984 r. w Pozezdrzu) i Janina Stackiewiczowie.  23 marca 1949 roku naszą rodzinę wywieziono na Syberię, ja miałam siedem lat i byłam najstarsza z piątki rodzeństwa. Kazano nam wziąć ciepłe rzeczy, była z nam siostra taty. Załadowano nas na furmanki i dowieziono do stacji kolejowej w Oranach. Wagonami towarowymi jechaliśmy ponad dwa tygodnie, było bardzo zimno, ciasno, mama swoim ciałem grzała pieluchy dla brata, grzaliśmy się kozą. Mój mały braciszek miał problemy, brakowało witamin. Na stacjach bywało udało się kupić mrożone mleko dla dzieci.

Witold Stackiewicz walczył o Wilno, był piłsudczykiem. Na fotografii ze swoimi kolegami w wojsku, lata 20. XX w. w Wilnie.
Leon Stackiewicz, brat taty. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w bitwie warszawskiej, ratując wysokiej rangi żołnierza. Otrzymał krzyż Virtuti Militari.

Nasza rodzina liczyła siedem osób. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w drewnianej chacie w miejscowości Bureć nad rzeką Angarą, rejon Usowie, województwo irkuckie. Jak przyjechaliśmy, miejscowi Rosjanie przywitali nas serdecznie, przynieśli nam ziemniaki i cebulę, to, co sami mieli, byli życzliwi i serdeczni; starsi byli zesłańcami z czasów carskich.

Rodzina Janiny i Witolda Stackiewiczów. Od lewej: w jasnej sukieneczce Honorata Stackiewicz w wieku 6 lat, Tadeusz na rękach taty ma 3 lata, Lucyna lat 4 stoi obok, Barbara na rękach mamy ma kilka miesięcy, niania Marysia Junda i za Honoratką – babcia Janina Stackiewicz. Dzierżyniszki 1948 rok.

Wodę braliśmy z rzeki Angary, tam jako dzieci się kąpaliśmy. Mniej liczne rodziny były osiedlane po dwie razem w jednym domu. Tato został skierowany do pracy w tajdze, a mama pracowała w gospodarstwie kołchozu „Strana Sawietow”. Latem mama pracowała przy zbiorze ogórków i pomidorów. Mieliśmy komendanta, który nas pilnował i u którego trzeba było się meldować. Nie można było wyjeżdżać poza teren miejscowości. W Bureci było osiem polskich rodzin: Iwaszkiewiczowie, Wołochowiczowie, Dowgiałłowie…

„Mój tato Witold Stackiewicz przed wyjściem do pracy w tajdze. Początek lat 50. XX w. Bureć, Syberia”.

Na początku przez kilka lat był głód. Mama zbierała zmarznięte ziemniaki. Ponieważ byłam już w wieku szkolnym, poszłam do szkoły czteroklasowej w Bureci. Między sobą w szkole rozmawialiśmy po polsku, staraliśmy się przestrzegać polskich świąt, tradycji. Na modlitwy zbieraliśmy się po domach. W 1953 roku, gdy zmarł Stalin, byłam dyżurną w szkole, moja nauczycielka weszła do klasy – Maria Pietrowna powiedziała, że zmarł Stalin i bardzo się rozpłakała. Nie wszystkie dzieci płakały i wtedy zaczęły się kary dla rodziców z polskich rodzin. Po śmierci Stalina nosiliśmy, jak wszyscy, czarne opaski na prawej ręce.

80 km od nas, w Jełaniu, była ciocia z mężem i babcia z siostrą ojca. Najmłodszy brat miał problemy ze wzrokiem. Z pomocą miejscowego lekarza udało się uleczyć brata. Rosjanie czasami nas przezywali „Polaczki”. My nie rewanżowaliśmy się, bo nie chcieliśmy sprawiać kłopotów rodzicom.

Ja z rodzeństwa przeznaczona byłam do nauki, więc po skończeniu czterech klas rodzice wysłali mnie dalej, do miejscowości Tajturka, do szkoły dziesięcioklasowej. Okutano mnie ubraniem i chustami, ubrano mnie w walonki i w ten sposób rodzice wyprawiali mnie odkrytym samochodem w czterdziestostopniowym mrozie, 12 km.

Klasa VI w szkole średniej w Tajturce na Syberii, do której uczęszczała pani Honorata. W trzecim rzędzie nauczyciele, pierwszy od lewej wychowawca Żarnikow: „Bardzo go lubiłam” – mówi pani Honorata, która siedzi w drugim rzędzie jako druga, a kolega opiera ręce na jej ramieniu.

Mieszkałam na stancji u jednej pani, która była Litwinką, jak my – również zesłaną. Tam musiałam sobie sama radzić, ugotować, oprać. Po tygodniu znowu z tymi Rosjanami wracałam do domu. Młodsze rodzeństwo chodziło do czteroklasowej szkoły w Bureci.

Nasz wychowawca Żarników, nauczyciel matematyki, bardzo go lubiłam, zwalniał nas wcześniej, jak było trzeba do domu i na Wigilię. Myśmy 12 km do domu, a napadało dużo śniegu, szliśmy po słupach telefonicznych. Doszliśmy do domu około północy, po tym wszystkim odchorowaliśmy tę drogę. Bardzo się baliśmy, czy w ogóle dojedziemy, to jedno z najgorszych moich wspomnień. Od V klasy uczyłam się angielskiego.

Babcia Stefania Songin, mama mojej mamy, przysłała nam paczki z żywnością. Gdyby nie to, byłoby bardzo źle. Około 1950 roku w paczce z żywnością babcia wysłała książeczkę pt. Zbiór modlitw i pieśni, z której się nauczyłam czytać i pisać po polsku. Mam ją do dziś.

Zbiór modlitw i pieśni, Warszawa 1949. Modlitewnik przesłany na Syberię ok. 1950 r. przez babcię pani Honoraty, Stefanię Sangin.

Po śmierci Stalina trochę się poprawiło. Tata uzyskał zgodę na wyjazd do rodziny – sióstr Zofii i Heleny, które mieszkały 80 km od nas. Latem 1954 roku pojechaliśmy z tatą do nich i na grób babci Joanny Stackiewicz w Jełaniu. Tata położył się na grobie i bardzo płakał, nie mógł być na pogrzebie swojej mamy, bo nie dano mu zgody na wyjazd na pogrzeb, gdy zmarła.

Ciocie Zofia i Helena przy grobie swojej mamy, Joanny Stackiewicz, babci pani Honoraty. Babcia zmarła na Syberii ok. 1950–1953 r.

Około 1955 roku babcia przysłała pieniądze na kupienie krowy. Od tej pory mieliśmy mleko, ser, było już zupełnie nieźle. Mam pracowała wówczas w magazynie zbożowym, ja również pracowałam na polu przy pomidorach. Latem nie można było bosą nogą stanąć na piasku, bo był tak gorący, a zimą było bardzo mroźnie, ale nie było wiatru.

Było raz, że rodzice wystarali się o cukier. My dzieci pomału ten cukier bez ich wiedzy wyjedliśmy z tego worka. Rodzice bardzo się na nas gniewali.

Rosjanie bardzo się z nami zżyli. Jak wyjeżdżaliśmy do Polski, to w szkole za nami płakali. W dziesięciolatce, tam, gdzie ja się uczyłam, był wysoki poziom przedmiotów ścisłych. Jak wróciłam do Polski, to jeszcze przez dwa lata wszystko umiałam, gorzej było z przedmiotami humanistycznymi.

W grudniu 1955 roku powiedziano nam, że możemy wracać do Polski. Wyjechaliśmy z Tajturki do Irkucka, wracaliśmy w normalnych wagonach, podróż była nieporównywalnie lepsza. Jechaliśmy z dwa tygodnie, były posiłki.

Byłam na Syberii 6 lat i 10 miesięcy.

W Medyce rozdzielono nas i cześć pojechała na Dolny Śląsk, część na Prusy. Nas dali do Giżycka, a rodzinę ojca siostry taty Zofię po mężu Nacewicz i Helenę po mężu Skowronek na Dolny Śląsk.

Jak przyjechaliśmy do Polski, to mówili na nas „Ruskie”. Inaczej byliśmy ubrani, inaczej mówiliśmy… Potem się wszystko wyrównało.

W Pozezdrzu chodziłam do szkoły podstawowej, jak i moje młodsze rodzeństwo. Inga Mazurka douczałam mnie z języka polskiego, były egzaminy, które zdałam.

Tata miał uprzedzenie i powiedział, że żadnej ziemi brać nie będzie, a dzieci będzie kształcił. Tata był już wówczas chory, miał astmę i przeszedł na rentę zdrowotną. Dostałam się do Liceum Pedagogicznego w Giżycku, to było moje marzenie być nauczycielką. Skierowano mnie po pięciu latach nauki do pracy jako nauczycielka w Szkole Podstawowej w Kruklankach. Jednocześnie uczyłam się dalej w Studium Nauczycielskim w Toruniu. W Olsztynie ukończyłam studia – filologię rosyjską. Pracowałam do 1991 roku. Jeszcze trzy lata pracowałam w Szkole Zawodowej i jako wychowawczyni w internacie Liceum Ogólnokształcącego w Węgorzewie. Rodzeństwo ukończyło Szkołę Podstawową w Pozezdrzu. Wielu jest nauczycieli w rodzinie.

Po przyjeździe do Polski nasi rodzice utrzymywali kontakt ze znajomymi z Syberii. Odwiedzali rodzinę Iwaszkiewiczów, którzy mieszkali w Giżycku, i w Pasłęku rodzinę Dowgiałłów. Byli jeszcze w Okowiźnie państwo Wołochowiczowie, ale później wyjechali do Wrocławia.

Ludzie nie opowiadali sobie, że byli na Syberii. Jak powstało Koło Sybiraków, dopiero się poznaliśmy. Nawet pracując razem, nie opowiadało się o tym.

Mój tato po przyjeździe do Polski pojechał na Wileńszczyznę. Zobaczył, że rodzinny dom przeznaczono na szkołę, zabudowania zniszczono, porozbierano, była jeszcze studnia i zniszczony sad. Tata szybko wrócił.

Ponownie pojechał po babcię Stefanię Sangin, która zamieszkała z rodzicami w Pozezdrzu i tam zmarła.

Udostępnij