Wesprzyj Sybirak.pl

Jak wielokrotnie uniknęła śmierci, w tym samobójczej. Weronika Sebastianowicz z d. Oleszkiewicz

Opowieść pani Weroniki Sebastianowicz

Panią Weronikę wraz z jej siostrą i rodzicami wywieziono w kwietniu 1951 roku.

Jako Weronika Oleszkiewicz urodziła się 15 listopada 1931 roku we wsi Pacewicze, powiat Wołkowysk, województwo białostockie. Obecnie (2018) zamieszkuje poza Grodnem w miejscowości Skidel w pow. grodzieńskim w Białorusi. Przed i po deportacji była i jest wyznania katolickiego.

Przed deportacją pani Weronika mieszkała z rodzicami, siostrą i bratem w rodzinnej wsi Skidel. Ojciec był inżynierem, specjalistą od dróg i mostów, mama zajmowała się domem, rodzeństwo uczyło się w szkole, a pani Weronika zdążyła skończyć jedną klasę.

Rodzice i pani Weronika zostali skazani przez władze NKWD razem na 60 lat stalinowskich łagrów. Podczas nieobecności rodziny w 1952 roku podczas obławy NKWD zginął jej brat, ppor. Antoni Oleszkiewicz.

Siostrze pani Weroniki udało się uniknąć wywiezienia, ponieważ po wyjściu za mąż wyjechała bardzo daleko od rodzinnej miejscowości, ale i tak ucierpiała, gdyż nie mogła przez fakt prześladowania znaleźć pracy.

Rodzinę osądzono z wyrokiem konfiskaty mienia, zburzono im dom. Wszystko im zabrano. Po powrocie nic im nie zostało.

Pani Weronika dorastała w partyzantce jako łączniczka. Mając 13 lat, została zaprzysiężona na wierność Bogu i ojczyźnie. Nadano jej pseudonim „Różyczka”.

Około 1949/50 roku była już mocno śledzona. Komendant ugrupowania powiedział, że musi gdzieś wyjechać. Wyjechała do znajomej z innej części powiatu. Ale tam też prowadziła działalność konspiracyjną. Trwało to około siedmiu miesięcy. Postanowiła przyjechać do siostry. I została natychmiast aresztowana. Aresztowanych transportowano bydlęcymi wagonami do Workuty, a później na Syberię, do Krasnojarskiego Kraju do prac przy wycince lasu w tajdze.

Fot. Natasha Vasiljeva / Unsplash

Po osądzeniu jako osiemnastolatka otrzymała wyrok 25 lat łagru. W więzieniu była katowana. Rozbito jej czaszkę i ma do dziś niedowład ręki. Dowiedziawszy się o aresztowaniu mamy, próbowała popełnić samobójstwo przez głodówkę. Z więzienia w Grodnie zawieziono ich do Orszy. Tam formowano skład pociągu do Moskwy na Łubiankę. Podróż trwała około dwóch tygodni. Pani Weronika nie zabrała żadnej rzeczy. Siostra zabrała jedynie kawałek chleba. Na miejscu zsyłki nie otrzymali żadnej informacji o tym, co dalej będzie się z nimi działo. Zostali wyładowani z wagonów. Zakwaterowano ich do baraków. Pani Weronice nadano nr 936.

W obozie pobudka była o 6 rano, na śniadanie owies parzony i 30 dkg chleba. Następnie szła do pracy w lesie przy wycince lasu – piłą o masie 36 kg, podczas gdy sama pani Weronika ważyła 45 kg. Trzeba było wyrobić normę, aby dostać przydział 30 dkg chleba.

Rano owies, wieczorem owies. Obiad przywożono do tajgi: brukiew, korzenie kapusty, które z powodu głodu bardzo smakowały.

Na miejscu zastała ludzi z różnych miejscowości Grodzieńszczyzny, z innych powiatów i dużo kobiet z Ukrainy. Rządził nimi naczelnik łagru, oficer i wynajęci do ochrony mężczyźni z psami. Na Syberii spotkali się z kryminalistami. Niekiedy zdarzały się akty przemocy i zabójstwa.

Skazańcy mogli modlić się po cichu przy swoich pryczach, nie zabraniano im mówić po polsku. Potajemnie obchodzili wigilię, dzieląc się kawałeczkiem chleba. Dwa razy na rok mogli wysyłać korespondencję do domu. W obozie pisano piosenki, m.in kolędy. Mężczyźni pisali krótkie liściki i owijając nimi kamyczki, przekazywali kobietom idącym w pobliżu ich baraku. Kobiety robiły podobnie. Mogli w ten sposób więcej dowiedzieć się o sobie.

Głód odczuwali codziennie. Ludzie bardzo tęsknili za chlebem i często wypowiadali takie słowa: „Kiedy ja się najem chleba do syta?”. Zawsze byli zmęczeni i głodni.

Na zsyłce byli uprzedzani o karze śmierci za nieposłuszeństwo, strażnik mówił: „Strzelam bez uprzedzenia”, więc o żadnym oporze mowy być nie mogło.

Po śmierci Stalina ogłoszono amnestię. Wiele osób napisało prośbę o możliwość powrotu i czekało na decyzję. Pani Weronice obniżono karę o 15 lat. Zostało jej jeszcze 5 lat obozu. Do dziś pani Weronika nie wie, jak to się stało, że odbył się nad nią sąd w Krasnojarsku i darowano jej resztę kary z powodu tego, „że wstąpiła do bandy AK, będąc niepełnoletnią”. Zwolniono ją i dano 13 rubli.

Czekała na nią dwutygodniowa podróż. W Omsku obrabowano ją z tych pieniędzy i dalej wracała prawie cały czas głodna. Gdy przyjechała, rodzice już byli na miejscu. Nie mieli gdzie mieszkać ani co zjeść. Trochę im pomogli sąsiedzi. Potem zabrała ich siostra i tam jakoś dawali sobie radę.

Ojciec zaczął robić beczki, mama znalazła pracę w szpitalu, paliła w piecach. Lecz ciągle mieli problemy ze znalezieniem pracy.

Po wojnie nikomu nie opowiadała o swoich losach. Bała się. Dokumenty głęboko chowała, a niektóre nawet zniszczyła. Dopiero gdy syn po skończeniu służby w marynarce nie dostał wizy, zapytał mamę i wtedy opowiedziała całą prawdę.

Po wojnie nie była w miejscu zesłania. Uważała, że to tak daleko i nie wiedziała, czy to się uda.

Młodym ludziom Weronika Sebastianowicz chciałaby powiedzieć, aby doceniali to co mają: mogą się uczyć, mogą tańczyć, kochać, mogą się ładnie ubrać, mogą najadać się do syta. Mają wolną Polskę, mają to czego pokolenie pani Weroniki nie miało.

Udostępnij