Wesprzyj Sybirak.pl

Jan Truszkowski „Ostatni świadkowie zbrodni”

Jan Truszkowski

Opisane fakty ukazują nie tylko cierpienie,
lecz są świadectwem losu ludzkiego,
którego twórcą jest człowiek.

Rosyjsko-niemieckie nastroje

Po klęsce wrześniowej w 1939 r. obszar Polski został podzielony między Niemcy i Rosję, zgodnie z porozumieniem rosyjsko-niemieckim z dnia 28.08.1939 r. Obaj okupanci mimo zawartej umowy o przyjaźni i wymianie towarowej przygotowywali się między sobą do wojny. Budowali bunkry wzdłuż granicy rosyjsko-niemieckiej, intensywnie powiększali swój arsenał wojenny, budowali swoje fortyfikacje.

Hitler jednak wciąż wyprzedzał Rosjan w swoich agresywnych poczynaniach. Już w latach trzydziestych przez wywiad potajemnie przekazywał Sowietom o planowanym puczu wojskowym w Rosji. Podejrzliwy Stalin, obawiając się wojskowego zamachu stanu, postanowił rozprawić się z przyszłymi rebeliantami.

W ciągu roku wymordował około czterdziestu tysięcy oficerów, pozbawiając armię najwartościowszej kadry z wielkim i wsławionym w wojnach – Michaiłem Tuchaczewskim, którego swego czasu nazwał „sowieckim Napoleonem”. Rodziny zlikwidowanych oficerów, wykańczał w obozach i więzieniach. Dziś przez naród został uznany największym zbrodniarzem.

Dowództwo w armii przejęli ludzie „mierni, ale wierni” Stalinowi. Dokładnie jest to opisane w książce „Plan Barbarossa”. Rosyjska potężna armia została pozbawiona wykształconego, doświadczonego w bojach dowództwa, co było na rękę przebiegłemu Hitlerowi. Taką armię łatwo można było pokonać nawet mniejszą siłą, ale dobrze wyposażoną, uzbrojoną i dowodzoną przez doświadczoną kadrę, co znalazło potwierdzenie w II wojnie światowej.

Dla zachowania pozoru Hitler z Rosją ciągle zawierał jakieś umowy militarne czy handlowe. Rosjanie jednak nie dowierzali przebiegłemu Hitlerowi i intensywnie zbroili się, mając zamiar uderzyć na Niemcy w roku 1942. W tym celu na tereny zachodnie ściągali ciężki sprzęt bojowy: czołgi, samoloty i liczne oddziały wojska. Oczywiście maszyny te stały bez paliwa, w obawie przed dezercją kadry oficerskiej.

Wywiad niemiecki doskonale o tym wiedział, znał ich dyslokację. Rozpoznał rosyjskie plany i mimo podpisanej umowy o przyjaźni, wczesnym rankiem dnia 22 czerwca 1941 roku z całą mocą uderzył na nieprzygotowaną w tym momencie do wojny Rosję. Jako przykład można podać pewne fakty.

Budowa bunkrów

Mimo podpisywanych różnych umów o przyjaźni czy wymianach handlowych zarówno Niemcy, jak Rosjanie przygotowywali się do wojny. Niemcy budowli bunkry nad granicą po swojej stronie, zaś Rosjanie po swojej, realizując plan umocnień Mołotowa. Do budowy tych umocnień Rosjanie ściągnęli duże ilości wojska. Dziesiątki takich obiektów rozmieszczone zostały na polach i w lasach kolneńszczyzny: Milewo, Stary Gromadzyn, Tyszki Wądołowi, Wszebory i inne. Na polach Juliana Święczkowskiego z Gromadzyna postawiono aż trzy schrony. Na przestrzeni około 150 km, od Augustowi, aż do Narwiki pobudowano ich setki. W tym celu sprowadzono tu tysiące żołnierzy, którzy najczęściej mieszkali w namiotach, zaś oficerowie na kwaterach u gospodarzy. U Filipkowskich w Gromadzynie mieszkał ze swoją rodziną niejaki Spirkin – leśnik, zaś u Święczkowskich mieszkali dwaj rosyjscy oficerowie Mazachin i Rospudzin, których później widział Hipolit Bikowski w obozie jenieckim w Wincencie, gdy woził tam płody rolne w ramach przymusowych dostaw dla Niemców. Tysiące żołnierzy budujących bunkry, jako jeńcy wojenni, zaraz na początku wojny dostali się do niewoli i znaleźli się w obozach jenieckich (między innymi) w Wincencie.

Wybuch wojny

Późno wieczorem 21 czerwca 1941 r. na stację kolejową w Grajewie z Niemiec wjechał pociąg towarowy rzekomo z towarem do wymiany, bo taka była wcześniejsza umowa. Gdy o świcie następnego dnia niemiecka artyleria z Prostek uderzyła silnym artyleryjskim ogniem na Grajewo, a niemieckie samoloty zaczęły bombardować rosyjskie zgrupowania, z owego pociągu towarowego w Grajewie wyskoczyła niemiecka uzbrojona piechota i ostrzeliwała uciekające w popłochu oddziały rosyjskie. Rosjanie uciekali, a wojska niemieckie podążały za nimi, ciągle atakując. W tym czasie niemieckie samoloty zbombardowały rosyjskie czołgi oraz stojące na lotniskach nieuzbrojone samoloty. A więc na początku wojny Rosjanie ponieśli ogromne straty nie tylko w ludziach, ale przede wszystkim w uzbrojeniu – w samolotach, czołgach, które zostały zniszczone w swoich bazach.

Ten moment wojny przeżywał w grajewskim więzieniu ojciec i dziadek Jana Truszkowskiego, który w tym momencie wraz z rodziną jechał w transporcie na Sybir. Ich pociąg w Mińsku również został atakowany przez niemieckie samoloty. Polacy z tego transportu mieli nadzieję, że może Rosjanie zaniechają dalszej deportacji, ale niestety. Do ich pociągu doczepiono drugą lokomotywę, żeby jak najszybciej odciągnąć ich od frontu. W tym pociągu jechało dużo ludzi z Rajgrodu, Mieczy, Szczuczyna, Danowa, Czarnowa, Załusk.

Gdy rosyjscy więzienni strażnicy uciekli, więźniowie opuszczając więzienie, pod ostrzegłem uciekali z miasta. Truszkowscy dotarli do rodziny w Kacprowie.

Niemcy z góry zaplanowali tak zwany „błyskawiczny napad”, co przyniosło im powodzenie już na początku wojny. W ten sposób zostały bardzo uszczuplone siły rosyjskie zarówno w sprzęcie, jak i w sile żywej. Tysiące żołnierzy rosyjskich (przede wszystkim tych, którzy budowali bunkry) dostało się do niemieckiej niewoli. W pierwszych dniach wojny front przesuwał się z szybkością nawet 60 kilometrów dziennie, co świadczyło o bezradności Rosjan.

(„Plan Barbarossa”, str. 51–53)

Obóz w Wincencie

Przed wojną granica między Polską i Niemcami przebiegała wzdłuż rzeczki Wincenta, stanowiącej dopływ rzeki Pisy obok wioski Wincenta. Po stronie niemieckiej na ziemiach między tymi ciekami wodnymi Niemcy zorganizowali obóz jeniecki dla 5 do 8 tysięcy żołnierzy rosyjskich. Z czasem jednak dowieziono tam jeńców belgijskich i francuskich. Źródła historyczne wskazują, że przez ten obóz przewinęło się 12 000 jeńców.

Pod koniec września 1941 roku, kiedy rolnicy przygotowywali ziemię do jesiennych zasiewów – opowiada Alfons Konstanty z Czerwonego, niemiecki żandarm nakazał sołtysowi wyznaczyć dziesięciu mężczyzn z łopatami, którzy mieli stawić się przy lesie w Wincencie obok zabudowań Szymanowskich. Sołtys wyznaczył: Alfonsa Konstantego, Stanisława Przytulę, Stefana Piekarskiego, Stefana Górskiego, Adama Piątka, Stefana Prusinowskiego i innych.

Pomnik w miejscu, gdzie znajdował się obóz. Fot. Jan Truszkowski

Wyznaczona grupa stawiła się o określonej porze w wyznaczonym miejscu. Następnie przyszedł do nich niemiecki żandarm i łamaną polszczyzną powiedział: „Po usłyszeniu strzałów w lesie macie pójść w tym kierunku, gdzie je usłyszycie. Tam będzie dla was robota”. Po usłyszeniu strzałów, mężczyźni udali się w tym kierunku. Gdy podeszli do wykopanych dużych dołów, zobaczyli w jednym z nich bezładnie leżące kilkadziesiąt ciał rosyjskich żołnierzy. Były one ubrane w rosyjskie wojskowe mundury, bez dystynkcji. Stan mundurów pozwalał sądzić, że byli to oficerowie, a bliska lokalizacja obozu jenieckiego nasuwała przypuszczenie, że mogli to być żołnierze z obozu mieszczącego się obok Wincenty.

Szymanowscy z Wincenty mieli swoje pole obok tego lasu. Ich trzynastoletni syn Stanisław, pasąc krowy obok tego lasu, widział trzy duże, głębokie doły. Zastanawiał się, czemu są takie głębokie. Do kartofli są kopane dużo płytsze. Jednak gdy widział dużą grupę jeńców rosyjskich przypędzonych do tych dołów, następnie usłyszał strzały, domyślił się, do jakich celów one maiły służyć. Bardzo się wystraszył, ukrył się w bruździe w ziemniakach. Gdy ucichły strzały, zerwał się i uciekł w drugą stronę do lasu, a później wrócił do domu. Z wielkim wzruszeniem dziś o tym wydarzeniu opowiada.

Robotnicy z przerażeniem wykonywali wyznaczone prace. Widok układanych w dole ciał, z których sączyła się jeszcze krew, niektóre ciała jeszcze dawały oznaki życia, był okropny, przygnębiający. Następnie ciała te zostały przysypane cienką warstwą ziemi.

Gdy robotnicy wykonali to polecenie, przyprowadzono następną grupę około 30 osób rosyjskich jeńców. Ci byli już boso i bez wojskowych płaszczy. Ustawiano ich w szeregu nad tym dołem. Padły strzały, ludzie osuwali się na ziemię. Niektórzy wpadli do dołu, część leżała obok. Gdy niemieccy żołnierze wykonujący egzekucję odeszli, żandarm nakazał Polakom poukładać w dole ciała i ponownie przysypać warstwą ziemi. Widok egzekucji i grzebanie niekiedy ruszających się jeszcze ciał, wywarło duże wrażenie na młodych Polakach.

Podczas pracy jeden z robotników zbladł, omal nie zemdlał. Jego towarzysze obawiając się, że może zostać zastrzelony przez żandarma, popędzali go do pracy mówiąc: „Weź się w garść, bo i ty zaraz będziesz tu leżał”.

Młodość, brak doświadczeń wojennych i uczestnictwo w makabrycznych zdarzeniach mogło stać się przyczyną jeszcze jednej tragedii.

Starszy brat Stanisława Szymanowskiego, Franciszek, jadąc furmanką do pracy na pole w pobliże owych dołów, przejeżdżał już wieś Wincentę, gdy minęła go ciężarówka załadowana dużą ilością mężczyzn. Ciężarówka zatrzymała się na skraju lasu, przy bocznej, piaszczystej drodze. Gdy Franciszek do nich dojechał, żandarmi zatrzymali furmankę. Z ciężarówki wysiadło dużo jeńców rosyjskich i pod ścisłą niemiecką eskortą, pomaszerowali w kierunku owych dołów. Ciężarówka zawróciła, wówczas Franciszek mógł dalej jechać.

Tę grupę jeńców doprowadzono na miejsce egzekucji – również boso i bez płaszczy. Była to bardzo liczna grupa, podzielono ją na dwie mniejsze. Jedną doprowadzono nad ów dół i zbrodniczy proceder powtórzył się. Gdy pierwsza grupa skazańców była już rozstrzelona, druga nie miała wątpliwości, w jakim celu zostali tu przyprowadzeni. Ci postanowili uciekać. Chcieli jeszcze podjąć próbę ratowania swego życia, a jeśli mieliby zginąć, to przynajmniej nie będą patrzeć w oczy swoim oprawcom.

Błyskawicznie rozbiegli się w różnych kierunkach. Jedni na pola należące do wsi Czerwone, inni do lasu. Za uciekającymi natychmiast padły strzały. Jeńcy daleko nie uciekli. Zostali zabici. Ich ciała poznoszono do dołu i przysypano ziemią.

Po przeliczeniu okazało się, że jednego jeńca brakuje. Żandarm machnął ręką i powiedział:

– On na pewno został ranny, daleko nie pójdzie, wilki się nim pożywią.

Gdy zasypywano ostatnie ciała, pracujący zaczęli porozumiewać się między sobą. Zastanawiali się, czy aby obok znajdujący się pusty dół nie był przygotowany dla nich. Czy Niemcy chcąc zatrzeć ślady tej strasznej zbrodni, zastrzelą ich. Jeden z robotników nawet wtrącił:

– A kto nas będzie zasypywał?

Po złożeniu wszystkich ciał w dole i przysypaniu grubą warstwą ziemi, miał przyjechać niemiecki oficer, by odebrać wykonane prace. Nie przyjechał. Żandarm więc zwolnił Polaków do domu.

Choć byli bardzo zmęczeni, to jednak szczęśliwi, że nie podzielili losu rosyjskich jeńców. Był to dla nich najtrudniejszy dzień w życiu. Widok rozstrzeliwanych ludzi, zasypywanych ciał i ciągła obawa o własne życie przerastało ich. Przecież byli jeszcze młodzi i mieli całe życie przed sobą, a naraz znaleźli się w obliczu śmierci.

Po powrocie do swoich rodzin wydarzenie to z wielkim wzruszeniem opowiedzieli swoim rodzinom. Stanisław Przytuła przez wiele dni nie mógł jeść, w nocy zrywał się i chciał uciekać przed rozstrzelaniem.

Jak duże wrażenie zrobiło to na młodych Polakach, niech świadczy fakt, że mimo upływu lat tamte wydarzenia pamiętają w szczegółach, gdy relacjonują swoje uczestnictwo w tej zbrodni, nie kryjąc emocji i łez.

Rosyjski uciekinier

Żołnierz radziecki, któremu udało się uciec z egzekucji, był postrzelony w ramię. Płynąca z rany krew osłabiła go, a zakrwawione ubranie zwracało uwagę innych. Pragnął jak najszybciej oddalić się od miejsca kaźni. Musiał znać ten teren, skoro późnym wieczorem, dotarł do domu Romana Florczyka mieszkającego na kolonii wsi Czerwone. Tam opatrzono jego rany, przebrano w cywilne ubranie, nakarmiono i położono spać. Aby pozbyć się jakichkolwiek śladów, jego wojskowe ubranie spalono. Ukrywał się tam aż do czasu całkowitego wygojenia ran. Troszczono się o niego, starano, by jak najszybciej wrócił do zdrowia. Należy sądzić, że ów oficer był budowniczym schronów na tym terenie, dokąd rolnicy musieli wozić wyznaczone ilości kamieni do budowy bunkrów. Stąd mogła być ta znajomość.

Był zaskoczony gościnnością gospodarzy, kiedyś powiedział:

– Tak często jadacie mięso, nawet na co dzień. U nas jest gorzej. Są teraz trudności z nabyciem artykułów potrzebnych do życia.

Rzeczywiście, niczego mu nie brakowało, starano się, by jak najszybciej wracał do zdrowia. Gdy rany zagoiły się i nabrał nieco sił, chciał wychodzić na świeże powietrze. Jednak on i jego opiekunowie dobrze wiedzieli, że może to robić tylko wieczorem. Ukrywał się i nikt nie mógł go zobaczyć, bo w przeciwnym razie wszystkim groziła śmierć.

Gdy całkowicie wygoiły się jego rany, powiedział:

– Przyjęliście mnie jak najlepszego przyjaciela. Daliście mieszkanie, ubranie i dobre wyżywienie. Nie wydaliście mnie Niemcom. Nie znam polskiej mowy, ale od serca powiem:

– Balszoje, prabalszoje spasiba. Nie mogę was dłużej narażać, przeżyłem dzięki waszej pomocy i opiece. Muszę już iść. Tu w pobliżu jest obóz jeńców rosyjskich, w razie jeśli wyda się, że mnie przetrzymujecie, może to wam zaszkodzić, a mnie czeka niechybna śmierć, od której udało mi się uciec, a dzięki waszej pomocy przeżyłem. Lepiej, bezpieczniej będzie dla was i dla mnie, jak ja stąd zniknę.

Tymi słowy podziękował gospodarzom serdecznie, jak tylko potrafił, pożegnał się i udał się w nieznane, zaopatrzony przez gospodarzy w ciepłą odzież i jedzenie na drogę.

Dla własnego bezpieczeństwa o tym zdarzeniu Florczykowie nikomu nie mówili. Swoim dzieciom kategorycznie zabronili wspominać, że w ich domu przebywała jakaś obca osoba.

Odwiedziny

W latach pięćdziesiątych Henryk Kubrak z Czerwonego podkuwał konie w kuźni Banacha. W pewnym momencie podszedł do niego pewien nieznajomy i pytał o Romana Florczyka. Jak się później okazało, był to ten rosyjski ranny żołnierz, któremu udało się uciec podczas rozstrzeliwania rosyjskich jeńców w lesie koło Wincenty i którym zaopiekowała się rodzina Florczyków aż do jego wyzdrowienia. Po latach odnalazł ich i za otrzymaną pomoc, chciał im podziękować.

Obecność owego Rosjanina potwierdziła córka Romana Wanda Śniadych i jej mąż Ireneusz, który w owym czasie, mieszkał po sąsiedzku. Tę sytuację znali oni z opowiadań rodziców i najbliższego otoczenia.

Znała ją też Kazimiera Przytuła, szwagierka Romana, a żona Stanisława Przytuły, który jako 16-letni chłopiec brał udział w owej grupie Polaków grzebiących zwłoki jeńców rosyjskich.

Dotychczas znane było miejsce pochówku, tysięcy jeńców rosyjskich, którym postawiono dwa pomniki. Jeden w miejscu, gdzie są pochowani, a drugi, gdzie był ich obóz. Tam umierali z głodu, chorób i zimna, bo nie mieli żadnych pomieszczeń, gdzie mogliby się skryć przed deszczem czy mrozem. Sami w ziemi wygrzebywali dołki i tam „mieszkali”. Zdarzało się, że takiego „mieszkańca” przysypała ziemia i nikt go już nie odkopywał. Widzieli to na własne oczy Roman i Janina Wiśniewscy z Wincenty.

Dzisiaj miejscowa ludność mało wie o grobach rozstrzelanych rosyjskich oficerów. Obecnie rośnie tam las. Nawet naoczny świadek tamtych egzekucji Alfons Konstanty nie mógł dokładnie wskazać tego miejsca.

W obawie przed organizowaniem w obozie buntów czy ucieczek Niemcy najpierw zlikwidowali kadrę, a szeregowi żołnierze nie stanowili większego zagrożenia. Oni wymarli w obozie z głodu, chorób i zimna. Tam, gdzie był obóz, jeńcy z głodu zjedli z drzew liście, igliwie i korę, jak opowiadają Wiśniewscy. Dlatego można powiedzieć: „w obozie drzewa umierały razem z ludźmi”.

Wszyscy jeńcy wojenni, żołnierze polegli na frontach i ludność cywilna, stali się ofiarami hitlerowskostalinowskiego totalitaryzmu, niezależnie jakiej byli narodowości i na jakim kontynencie mieszkali.

W czasie działań wojennych, od kul i bomb ginęli nie tylko żołnierze, ale i niewinni cywile, przeważnie w obozach koncentracyjnych, czy w „białych krematoriach” na Syberii, gdzie ich los z góry był przesądzony. Takie były skutki działań drugiej wojny światowej, w której proporcjonalnie do liczby ludności, Polacy ponieśli największe ofiary. Zginęło aż 20% ludności tj. – 6 milionów. Rosjan 10%, Niemców 7%, Anglików 1%.

Nie po to piszę dziś te słowa
By się poskarżyć, chodzić w glorii,
Lecz prawdę głosić wciąż, od nowa,
Bo nie poprawia się historii.

1.05.2012 r.  (-) Jan Truszkowski

Udostępnij