Wesprzyj Sybirak.pl

Jan Truszkowski. Sybirak urodzony w podróży: o Zygmuncie Droździe i jego matce Zofii

Polak urodzony na Syberii, a właściwie w podróży. Zygmunt Drozd, urodzony w drodze powrotnej z Syberii dnia 17.03.1946. O niezwykle ciekawych syberyjskich losach, sugestywnie opowiedziała swemu synowi Zygmuntowi jego matka Zofia Drozd.

Przed wybuchem II wojny światowej rodzina Zosi mieszkała na Kresach w Putiatyńcach, pow. Rochatyń, woj. Tarnopol. Gdzie ojciec jako zarządca majątku pracował u dziedzica, a matka prowadziła dom. Ich starsza córka Kazimiera była nauczycielką we Lwowie. Los polskich rodzin uległ zupełnemu załamaniu z chwilą wybuchu wojny. W nocy 13.04.1940 r. wtargnęło trzech rosyjskich żołnierzy, dwóch Żydów z czerwonymi opaskami, dwóch Ukraińców z czerwonymi opaskami. Całą rodzinę ustawiono pod ścianą i została dokonana szczegółowa rewizja domu. Z szaf, szuflad zostały wyrzucone wszystkie rzeczy na podłogę. Nagle dom obrócił się w ruinę. Teraz polecono rodzinie ubrać się i spakować się do dłuższej podróży, wyznaczając na to zaledwie pół godziny. Jak można było w tak krótkim czasie i w niesamowitym bałaganie pozbierać potrzebne rzeczy? Następnie wyprowadzono całą rodzinę na stojące już pod domem furmanki i zawieziono na stację kolejową w Rohatynie. W czasie wyprowadzki dwie dziewczynki nie chciały opuszczać własnego domu, to żołnierze wzięli je na ręce i wrzucili jak tobołki na furmankę.

W towarowych, bardzo zatoczonych wagonach, po miesięcznej podróży dotarli do Kazachstanu. Rodzinę zabrał do swojej ziemianki Kazach.

Następnego dnia skierowano Zosię do kopania rowów nawadniających. Potem do innych, równie ciężkich prac w gospodarstwie. Pewnego razu gdy Zosia jechała na furmance, uderzył ją dyszel innej furmanki jadącej za nią. Zosia spadła z wozu i mocno się pokaleczyła. W domu bardzo cierpiała. Do żadnej pracy nie nadawała się. Predsedaciel w końcu zawiózł ja furmanką 60 km do szpitala, gdzie polska lekarka poradziła, aby tu jej nie zostawiać, tu ona zginie. Poleciła w domu robić gorące „nasiadówki” ze stepowych ziół. To ją uratowało, choć pewien uraz pozostał.

Syberyjską gehennę tej rodziny pogłębił fakt, że zaraz na początku zabrano im ojca do wyrębu lasu, gdzie z wycieńczenia dnia 27.04.1941 r. zmarł i został pochowany w Jernezajow, obł. Aktiubińsk.

Biedne, zagubione na obczyźnie sieroty wśród obcych i nie zawsze życzliwych ludzi znalazły się w sytuacji często bez wyjścia.

Od siostry Kazi ze Lwowa dostały adres maki, która była zaledwie 150 km od nich. Chciały odwiedzić matkę. By otrzymać przepustkę do matki, udały się do NKWD, bo bez takiego dokumentu nie było to możliwe.

Zosia grzecznie porosiła urzędnika o przepustkę do miejsca, gdzie przebywa matka.

Urzędnik zmierzył groźnym wzrokiem dziewczynki:

– Zdechniesz tu i wrona twoich kości do Polski nie doniesie.

– Ale ja nie chcę do Polski, tylko tu w Rosji, zaledwie 150 km stąd. Dalej błagała urzędnika Zosia.

– To napłacz do wiadra, a ja to zaniosę twojej matce i to ci powinno wystarczyć.

Widząc beznadziejny stosunek do ich próśb, po krótkiej naradzie w domu, mimo poważnych konsekwencji postanowiły odwiedzić matkę. W trzecim dniu marszu Zosię całkowicie opuściły siły. Nie miała sił dalej już iść. Marysia postanowiła, że dalej pójdzie sama, bo pozostało już tylko zaledwie 5 km drogi. Potem z matką przyjdą po Zosię.

Gdy Marysia dotarła do matki, tej, widząc tylko Marysię, przyszły   najgorsze myśli.

– Gdzie jest Zosia? – zapytała.

– Dogorywa na stepie – odpowiedziała wyczerpana Jadzia.   

Matka poszła do znajomego lekarza, który miał prywatnego konia do celów służbowych, bowiem koniem mógł łatwiej dotrzeć do chorej w terenie. Natychmiast zaprzągł konia i z matką przywieźli „dogorywającą” Zosię. Zaraz lekarz nią się zajął, po krótkim czasie Zosia doszła do równowagi. Lekarz był dlatego tak życzliwy matce, ponieważ ona pomagała mu w domu przy jego rodzinie. On w końcu podpowiedział im, aby przenieśli się do Dżurunia, gdzie po otrzymaniu pracy dostaną kartki na chleb, a to będzie stanowiło podstawę wyżywienia rodziny. Po przeprowadzce do Dżurunia Jadzia otrzymała pracę w stajni przy owcach i kozach, co stanowiło ich podstawowe źródło utrzymania.

Miłość w niewoli

Chyba najpotężniejszą siłą w żywym świecie jest miłość. Dotyczy to zarówno rodziców i ich dzieci, jak również w wieku dojrzałym dwojga dorosłych już ludzi. Zosia pracowała w kołchozie przy różnych pracach. Różne pory roku narzucały różne prace w gospodarstwie. Po pięciu latach Zosia już wydoroślała i każde męskie oko na niej się zatrzymywało. Pod koniec wojny Polacy spotykali się na zebraniach w świetlicy. Ponieważ większość mężczyzn była na wojnie, na miejscu zostali się tylko nieliczni. Wysoki, przystojny i w dodatku traktorzysta zwracał na siebie liczne grono kobiet. Jednak on nie rozglądał się za nimi. Był wdowcem z dwójką dzieci, który ze względu na jego pracę, często musiał być poza domem i nie miał kto opiekować się jego dziećmi. Ażeby traktorzysta mógł być bardziej dostępny w pracy, jego dzieci zostały skierowane do domu dziecka, gdzie miały znacznie lepsze wyżywienie i opiekę. Ojciec często je odwiedzał i znacznie im pomagał. To był bardzo dobre rozwiązanie.

Pewnego razu na zebraniu Polaków jego wzrok zatrzymał się na Zosi, która bardzo go zainteresowała. Po zebraniu spotkali się i to spotkanie w późniejszym czasie zaowocowało szczęśliwym małżeństwem. Ślubu udzielił im kierownik kołchozu.

Janek pracował jako traktorzysta, któremu na tamte warunki powodziło się nieźle.  A więc i Zosi zaczęło się coraz lepiej powodzić. Ale co jest najważniejsze w tamtych stosunkach zarówno służbowych, jak i prywatnych, mężatka traktowana jest znacznie poważniej, aniżeli panienka. Zosia nadal pracowała w kołchozie, nawet będąc już w zaawansowanej ciąży, bo tam wszystkie kobiety tak pracują niemal do ostatnich dni.

Powrót do Polski

Był już 1946 rok. Polacy pragnęli jak najszybciej wracać do kraju. Nielicznym udało się już wyjechać w styczniu, choć ze względu na duże mrozy w towarowych wagonach, była to pora roku bardzo nie odpowiednia. W dodatku były znaczne kłopoty z otrzymaniem dokumentów umożliwiających powrót do kraju. Tym bardziej bardzo potrzeby traktorzysta był im bardzo potrzebny. 

W końcu rodzina Drozdów dnia 12.02.1946 roku otrzymała kartę repatriacyjną nr 29510, która pozwoliła im na powrót do upragnionej Polski. Teraz jak najszybciej i najstaranniej należało przygotować się do długiej i wyczerpującej podróży. Ponieważ Zosia była już w zaawansowanej ciąży, Janek dwoił się i troił, żeby jak najszybciej wyjechać, bo chciał, żeby Zosia z porodem zdążyła dojechać do Polski. Ze względu na krótki czas przygotowań do podróży, Zosia nie zdążyła nasuszyć chleba na długą podróż, a bez kartek nigdzie chleba kupić nie można było. Musieli więc oszczędzać z własnych dziennych racji. Po sprzedaży i wymianie na chleb pewnych zbędnych rzeczy całą czteroosobową rodziną udali się na stację kolejową i wsiedli do towarowych wagonów. Ponieważ były to wagony bez półek (jak było to w podróży na Syberię), to w ich wagonie znalazło się cztery liczne rodziny. W podróży najbardziej doskwierał im brak wody, a w końcu zabrakło i sucharów. Jednak życzliwi współtowarzysze podróży dzielili się z nimi sucharami.

Poród w czasie podróży

W drugim czy trzecim tygodniu podróży dojechali do Rawy Ruskiej. Zbliżał się termin porodu, a podróż wciąż się przedłużała. Zosia cały czas obawiała się porodu w podróży, gdyż było jeszcze bardzo zimno i warunki nie sprzyjały temu. Jednak dnia 13.03.1946 roku pojawiły się u Zosi bóle porodowe. Początkowo myślała, że może to są bóle żołądkowe. Jednak one pojawiały się co raz częściej i były coraz silniejsze. To był już wyraźny sygnał, że lada moment może nastąpić poród. W wagonie powstało ogromne zamieszanie. Janek zaczął pytać jadące tam kobiety, może któraś potrafi pomóc coś przy porodzie. Jednak żadna się nie zgłosiła, bo naprawdę nie było tam żadnej „babki”, która potrafiła by odebrać poród. Janek był załamany. Wprawdzie Zosia już przed wyjazdem zbierała szmatki potrzebne dla noworodka. Jednak w takich nietypowych warunkach to wszystko może okazać się niewystarczające. W wagonie zapanowało dziwne milczenie, strach, obawa nie wiadomo jeszcze przed czym.

Janek w kącie wagonu, na podłodze rozłożył wszystką pościel, jaką mieli, umieścił tam żonę, starannie ją przykrył, aby nie zmarzła. Wyciągnął też przygotowane pieluszki i wszyscy czekali, co przyniesie czas.

Kiedy Zosi odeszły wody płodowe, był to znak, że rychło nastąpi poród. Nie wiadomo dlaczego Zosi jakoś same łzy zaczęły spływać. Obawiała się nie tylko o własne  życie, ale i dziecka, no bo w takich prymitywnych warunkach przyszło jej rodzić. Tego się nie spodziewała. Myślała już nawet o najgorszym. Wtem na myśl przyszedł jej poród Matki Boskiej. Przecież ona też rodziła w pasterskiej szopie. Skoro nad nią Pan Bóg miał pieczę, to może i ją otoczy opieką. To takie pozornie drobne odniesienie podbudowało Zosię.

Bóle pojawiały się coraz częściej i były coraz silniejsze. Zosia myślała, czy ona to wszystko wytrzyma, czy nastanie jej kres. Nareszcie pojawiły się tak silne bóle, że ona ich nie wytrzyma. I wreszcie na świat przyszło dziecko. Wszystkim ulżyło, a najbardziej rodzicom. Bo pojawił się nowy człowiek. Odebrał go ojciec. Zaraz scyzorykiem odciął pępowinę, koniuszek zawiązał sznureczkiem, poklepał go, ten zaraz wydał głośny okrzyk, nie wiadomo, czy ze złości, a może dlatego, że pojawiło się w nowym świecie, a może ze strachu, że przeszło na świat w takim zimnie. Ojciec szybko zawinął go w pieluszki i położył matce na piersi, dobrze otulając pierzyną. Gdy dziecko poczuło znane dotychczas bicie serca matki, przestało płakać. A teraz ze szczęścia rozpłakała się Zosia. Po pierwsze, że urodziła zdrowe dziecko i ona sama przeżyła poród, którego najbardziej się obawiała.

Nie było żadnych warunków do wykąpania noworodka. Ojciec jedynie pobieżnie wytarł go i porządnie owinął szmatkami, które wcześniej przygotowała matka.

Mimo braku sucharów i wody do picia, matka miała dosyć pokarmu dla niemowlęcia. Fakt ten był zupełnie niezrozumiały. To było jakieś cudotwórcze zjawisko. Niczym „ewangeliczna manna z nieba”.

Dziękujemy panu Janowi Truszkowskiemu za podzielenie się tym opracowaniem.

Udostępnij