Wesprzyj Sybirak.pl

Koleżanki z Syberii poszłyby za mną w ogień. Zofia Bednarek

Z rozmowy z Zofią Bednarek z d. Stabińską, zebrała i opracowała Krystyna Jarosz

Przyjechali do nas do Alitus 1 [lit. Alytus, pol. Olita – przyp. red.] z prawej strony Niemna, o 3.00 rano, 25 marca 1949 roku żołnierze Rosjanie. Siedzieli w domu do rana, kazali zasłonić okna i czekać. Rano powstawaliśmy, mama zaczęła robić śniadanie, wtedy oni powiedzieli, żeby się zbierać, „będziecie jechać na Syberię”. Mama wtedy zemdlała. Ja z ojcem w kapy zaczęliśmy zbierać i wrzucać różne rzeczy, widelce, poduszki. Przyszli sąsiedzi, pomogli spakować nas. Oni nie podjechali do domu, swój samochód zostawili koło lasku. Nasze rzeczy pozbieraliśmy w kapy, powiązaliśmy tabołki w węzełki. Ja byłam w piątej klasie gimnazjum, miałam siedemnaście lat. W Alitusie zostały budynki gospodarcze, dom.

Stanisława i Kazimierz Stabińscy z dziećmi Antosiem i Julią. Z tyłu stoi Brygida Balkowska. Alytus 1936.

Brata nie było z nami, był w Wilnie na studiach. Wywieziono go po czterech latach, 9 maja 1952 roku. Był już wtedy na czwartym roku studiów leśnictwa w trakcie pisania pracy.

Zawieźli nas gruzawikiem do stacji kolejowej w Oranach. Tam już było dużo ludzi, chyba z sześćdziesiąt wagonów. Cały skład wagonów był obstawiony wojskim. W wagonie było chyba z pięć rodzin. Zasłonili okna, po dwóch dniach 27 marca nas wywieźli, jechaliśmy przez Wilno. Nie było ciasno w wagonie. Wszyscy mówili po litewsku i my z nimi, choć wiedzieli, że jesteśmy Polakami. Mama po litewsku nauczyła się dopiero na Syberii, gdy pracowała z Litwinkami. Dali nam po dwóch dniach zupę, potem też śledzie. Był w naszym wagonie jeden niespełna rozumu i dostał biegunki, musieliśmy wyrąbać dziurę w wagonie. Po kilku dniach podróży zaczęły męczyć nas wszy. Ludzie byli różni. Koło nas był sędzia z żoną nauczycielką i córką, byli też ludzie prości ze wsi. Po kilku dniach oblazły nas wszy, które były plagą.

Dojechaliśmy do Irkuckiej Obłosti, Usoliski rejon, sieło Tajturka, do  kołchozu. Blisko były dwa lotniska. Rosjanie przywitali nas, pomagali. Najpierw dzieciaki tylko krzyczały „Litowcy”. Po przyjeździe poprowadzili nas do bani.

Zofia Stabińska z kolegami niedoli Sybirakami Litwinami, Tajturka 1953

Do szkoły średniej zawodowej chciałam chodzić, ale był warunek, że trzeba jednocześnie pracować. Poszłam i zapisałam się do jednej Litwinki, że jestem jej uczennicą, co mi pozwoliło na chodzenie do szkoły. Rodzice pracowali – tata najpierw był kowalem, a później z jednym Litwinem uruchomili młyn i był młynarzem, i już było nam lżej. Ja poznałam z drugiej strony ulicy córkę nauczycieli Ritę, która była moją rówieśniczką. Tam skończyłam w 1952 roku szkołę dziesięciolatkę.

W Tajturce była komendantura NKWD, przychodził komendant do kołchozu i się meldowaliśmy codziennie. Potem co tydzień, a potem raz w miesiącu, aż do wyjazdu do Polski.

Spotykaliśmy się po domach, ja prowadziłam nawet nabożeństwa majowe.

Chciałam się uczyć dalej, pojechałam do Irkucka, ale nigdzie mnie nie przyjęli, bo nie miałam dowodu. Nie było możliwości studiowania dla takich jak ja zesłańców.

Przyjęli mnie do „Czeremchowskiego Górnego Technikum” do Technikum Górniczego w Czeremchowie. Zaliczyłam po maturze dwa lata geologii 1952–1954. Tam grałam w drużynie koszykówki Technikum Górniczego, rzucałam też oszczepem.

Przed bramą „Czeremchowskiego Górnego Technikum”, Technikum Górniczego w Czeremchowie, Zofia Stabińska z przyjaciółmi, 2 stycznia 1954 r.

Miałam koleżankę Ritę, która mnie nawet potem w Polsce odwiedziła. W technikum miałam w Czeremchowie przyjaciółki Wierkę, Olkę Czerkową i Ankę Litwinkę i z nią do tej pory utrzymuję kontakt. Wiele razy Anka ze mną rozmawiała po litewsku, choć wiedziała, że koleżanki Rosjanki nie rozumieją. Razem z Wierką mieszkaliśmy w internacie (obszczerzycie), choć ona była na innym kierunku. Miałam kolegę z Moskwy, inżyniera budowy dróg i mostów.

Droga wyłożona z kloców drzew na uralskim bezdrożu. Tą drogą chodziłam do pracy w osadzie Kasaja Reczka. Ural 15 sierpnia 1956 r.

Tam na okrągło były ziemniak i konserwy. Ja od Uralu nie mogę jeść ryb szprotek w oleju, konserw mięsnych ani sera, tam był taki żółty ser kopcony. W ogóle przez dziesięć lat po powrocie do Polski nie kupowałam żółtego sera.

Obroniłam się w grudniu 1954 roku. W 1955 roku wyjechałam na Ural do pracy. Skierowano mnie do  Mołotowskaj Obłasti, Czusowskoj rejona, osiedle Paławinka – stacja Paławinka. Tam była jedna kopalnia, budowała się ona właściwie. Ja po technikum, już normalnie pracowałam i dostawałam pieniądze. Zajmowałam się opisywaniem materiałów z wywiertów. Moja praca to było poszukiwanie i badanie złóż węglowych.

Zofia Stabińska w pracy w biurze wierceń. Osada Paławinka, rejon Czusowaja, Skalininskaja GRP, 1955 r.

Rosjanie to ludzie otwarci, gorzej z Litwinami. Głównym geologiem był Ukrainiec, „kambeła” z jednym okiem. On stwierdził, że „nie za darmo ich (Polaków) wywieźli”. Potem za to go nie lubiłam.

Załoga na wieży wiertniczej. Starszy pracownik, majster, młodszy pracownik, na dole Jula Stabińska, osada Połowinka, rejon Czusowaja, Skalininskaja GRP, 1956 r.

Wracałam do Polski przez Wilno. Tam spotkałam się z Litwinką, którą poznałam na Syberii.

Ja tam byłam jedna między Rosjanami. Rosjanie są bardzo otwarci. Najpierw mieszkałam w biurze, a później, mieszkałam u babuszki Ukrainki bardzo ją lubiłam. Zrobiłam pożegnanie, miałam wielu przyjaciół. Bardzo mi było szkoda zostawić tych ludzi, tego Uralu.

Na Syberii byłam siedem lat i dziewięć miesięcy.

Rodzice byli w Tajturce, Irkucka obłast, niedaleko jeziora Bajkał. W kołchozie płacono im żytem i innymi produktami. Mama tam świnkę hodowała. Rodzice wyjechali w 1955 roku, a ja rok później 1956 roku w październiku.

Po powrocie do Polski w 1956 roku zamieszkałam w Klimkach u brata, który był leśniczym. Miejscowi mówili, że do leśniczego przyjechała „ruska” siostra.

W Polsce wszystko musiałam zacząć od nowa, nie znałam ludzi, rówieśników. Jak dostałam pracę w Węgorzewie, to robiłam błąd na błędzie w piśmie. Po roku takiej szkoły dałam radę. Pracowałam w Biurze Geodezji Urzędu w Węgorzewie, bardzo dobrze wspominam kierownika Henryka Gudojcia z Giżycka.

W Klimkach poznałam przyszłego męża i po roku w 1957 wyszłam za mąż. On był komendantem Placówki Straży Granicznej.

Bywam na Litwie, prawie co roku. Syn i córka zabierają mnie jak nie nad morze, to na Litwę.

Moich ciotecznych sióstr są tam dzieci, odwiedzam groby babci, wujka, ciotecznej siostry. Już dla mnie Litwa to nie moje miejsce, nie mam najlepszych wspomnień. Historię chociaż z grubsza należy znać. Ludzie, którzy przeżyli Syberię w latach 40. XX w., doświadczyli strasznych rzeczy. Moje doświadczenia są już inne. Dla mnie ludzie na Syberii są otwarci i życzliwi – moje koleżanki z Syberii poszłyby za mną w ogień.

Udostępnij