Wesprzyj Sybirak.pl

Kto przetrzymał, to przetrzymał, i do dzisiaj żyje. Józef Panasiuk

Józef Panasiuk miał sześć lat, gdy w pierwszej fali wywózek w lutym 1940 roku jego rodzinę wywieziono do Republiki Komi na Syberii, do miejscowości Noszul-Baza.

Polesie w 1918 roku było zamieszkane przez niewielu ludzi. Zaczęto więc tam osiedlać około 10 000 wojskowych i wszystkim nadano ziemię. Ojciec uczestniczył w bitwie Pierwszej brygady Legionów Piłsudskiego pod Kostiuchnówką. Ojciec pana Józefa, Jan Panasiuk, otrzymał 30-hektarowe gospodarstwo na Polesiu. Jan miał 26 lat. Najpierw wybudował ziemiankę, w której mieszkał, aż doprowadził gospodarstwo do porządku.

Jan Panasiuk, ojciec pana Józefa

Gdy wkroczyli Rosjanie, polscy wojskowi osadnicy byli pierwszymi, którzy padli ofiarami wywózek – nie tylko ze względu na posiadanie licznych ziem, ale też przez udział w bitwie warszawskiej, co większość z nich również miała na swoim koncie. Panasiukowie dostali wyrok 10 lat zesłania, a już po weryfikacji na miejscu zamieniono go na 20 lat pobytu na Syberii.

Józef Panasiuk o wywózce
Lista NKWD z rodziną Panasiuków

Wywieziono ich w lutym 1940 roku. W około trzy miesiące po zesłaniu zmarła mama pana Józefa. Wtedy też, w maju, wiele osób chorowało na dur brzuszny i tyfus, wiele osób także zmarło. Przyczyniało się do tego wyziębienie i odmrożenia. Według szacunków pana Józefa z 20 tys. zostało zaledwie ok. 9,6 tys. osób. Cztery miesiące później dowieziono nowych więźniów, tym razem z Białegostoku, Białostocczyzny oraz z Grodzieńszczyzny.

Jan Panasiuk, ojciec pana Józefa

Wywieziony został także brat ojca pana Józefa, Paweł. Uciekł jednak w czasie postoju, gdy można było pójść po gorącą wodę. Wskoczył do hali z wagonami, wszedł do jednego z nich i się położył. Kiedy transport odjechał, w nocy wyszedł i wrócił na Polesie. Tam się okazało, że gospodarstwo Jana Panasiuka zostało zrównane z ziemią, a majątek i zwierzęta rozgrabione. Stryj Paweł przez jakiś czas pomieszkiwał u znajomych w leśniczówce, był w polskiej partyzantce w okolicy Iweńca. Podczas zasadzki partyzantów radzieckich został ranny. Zoperowano go w szpitalu i został rozpoznany jako partyzant. Nie wiadomo, dokąd go wywieziono i gdzie zamordowano. Pan Józef podejrzewa, że mógł być wśród tysięcy innych ofiar rozstrzelanych w Mińsku. Znajduje się tam kilka miejsc masowych mordów dokonywanych przez NKWD. W czasie jednej z budów, przy których pracował pan Józef po odejściu z fabryki pluszu (1968) i zatrudnieniu się w Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych, prowadzono przewierty podziemne na trasie Mińsk–Moskwa nieopodal jednego z dwóch cmentarzy z ofiarami mordów NKWD. Używano wiertnicy jak przy budowie metra. ponieważ ze względu na bardzo duży ruch nie można było rozebrać drogi. W tym czasie Kuropaty nie były już strzeżone, a ten cmentarz jeszcze był strzeżony. Gdy strażnicy mieli przerwę obiadową, pod ich nieobecność pan Józef zakradł się pod pomnik, jednak nie było na nim nazwisk i nie wie, czy może się tam znajdować ciało jego stryja.

Rodzinę załadowano do wagonu koło Tarnopola. Dokooptowano też kobietę w stroju estradowym z małym dzieckiem. Musiała wracać z występu. Była całkowicie nieprzygotowana do podróży, tym bardziej w takich warunkach. Nic ze sobą nie miała. Zmarły jeszcze w trakcie transportu, w wagonie. Po przyjeździe można było się zorientować, czy będą jechać daleko. Jeśli mieli jechać blisko, pod wagon podstawiano sanie. A jeśli daleko – pojazdy przypominające wagony na gaz drzewny, tzw. gastrubki. Benzyna i ropa zamarzały przy tak wielkich mrozach. Teren był bez dróg, gleba była zbliżona do bagiennej i auto często nie dało rady ruszyć dalej. Podkładano wówczas deski w poprzek i dzięki tak ułożonej „płachcie” auto było w stanie powoli przemieszczać się do przodu. W takich momentach także zganiano ludzi z samochodu i kazano im iść pieszo. W marszu część z nich nie wytrzymywała, padała i umierała z wyczerpania i z zimna. „Kto przetrzymał, to przetrzymał, i do dzisiaj żyje”.

Gdy nie było pojazdu, zostawiano zesłańców przy torach, a potem pędzono w śniegu nawet po 20 km w temperaturze minus 20 stopni i niższej, co powodowało liczne obrażenia znacznych obszarów ciała. Po dotarciu do obozu „człowiek padł i dopiero się obudził nad ranem”. Obóz znajdował się nad rzeką Łuza. Większość obozów lokowano wzdłuż rzek z uwagi na potrzebę zaopatrzenia w wodę dla setek więźniów.

Miejsce zesłania: Republika Komi. Pan Józef i jego brat trafili do jednego obozu, a siostra do innego, w Uszulu. Po wojnie siostra pana Józefa zamieszkała w Australii.

Na miejscu w starych barakach wcześniej mieszkali Ukraińcy, których zesłano z powodu odmowy oddania swoich zbiorów w ramach przymusowej kolektywizacji. W latach 30. XX w. z powodu nakazów i zakazów władz ZSRR nastąpił wielki głód (Hołodomor) mimo że Ukraina miała i ma wyjątkowo żyzne i urodzajne gleby i idealne warunki do uprawy. Mieszkańcy wsi odmawiali oddawania obowiązkowych dostaw produktów rolnych w ilościach przekraczających możliwości produkcyjne i gwarantujących im zabezpieczenie bytu swoich rodzin. Ludzie umierali z głodu, a pozostali byli zsyłani na Syberię. Liczbę ofiar Hołodomoru w samej Ukrainie i innych częściach ZSRR wskazuje się według różnych szacunków w milionach osób.

Drewniany dom nazywany był na Syberii „kierka”.

Ocaleli: pan Józef, siostra i najstarszy brat. Gdy ulokowano rodzinę w tajdze, ojciec musiał oddać dzieci do „diet’ domu” (domu dziecka). Przebywały tam polskie i żydowskie dzieci wywiezione z Polski. We wspomnieniach pana Józefa miejsce to odznaczało się równym traktowaniem dzieci bez względu na ich pochodzenie. Nikt ich nie wyzywał i nie wskazywał różnic między nimi. Dzieci po przewiezieniu do Polski trafiły do domu rozdzielczego koło Kutna. Po dzieci żydowskie przyjechała specjalna żydowska komisja i chciała je zabrać do Izraela, który właśnie powstawał jako państwo. Dzieci nie chciały jechać, chciały zostać w Polsce. Podobnie było w przypadku pozostałych dzieci – przyjeżdżały kolejne komisje, weryfikowały podopiecznych i zabierały wybrane dzieci ze sobą. Pan Józef trafił pod Malbork, do Krasnopola. We wsi żołnierze zerwali tamy od Zalewu Wiślanego i cała okolica była zalana. Jako dziecko pan Józef był zdziwiony widokiem, który tam zastał. Niby jechali do wioski, a wokół była tylko sama woda.  Kolejnym zaskoczeniem w Polsce było istnienie prądu. Dotychczas wszędzie były tylko lampy naftowe. Pod Kutnem pan Józef włożył palce do licznika energetycznego i mogło się to skończyć o wiele gorzej, niż się skończyło.

Ojciec, brat i siostra wstąpili do Armii Andersa. Siostra była w niej sanitariuszką.

Niekiedy do domu dziecka przyjeżdżała specjalna komisja. Zdarzało się, że niektórym polskim dzieciom zmieniano imiona i nazwiska, co po wielu latach skutkowało całkowitym wyrugowaniem ich polskości – do tego stopnia, że wiele z dzieci nawet nie miała pojęcia o swoim polskim pochodzeniu. Zostały i dorastały w ZSRR.

Siostra pana Józefa otrzymała imię Zoja. W 1944 roku komisja Związku Patriotów Polskich przybyła do Republiki Komi i wybrała grupę około 420 polskich dzieci, wśród których był pan Józef i jego rodzeństwo. Najpierw przewieziono ich do stolicy Republiki Komi – Syktywkar, położony w południowo-zachodniej części republiki. Tam dzieci miały polskie wychowawczynie.

Opowieść Józefa Panasiuka o domach dziecka


Następnie przewieziono dzieci bliżej Polski do Woroneża – nad Wołgę, na stepy nadwołżańskie.   

Ukończył trzy klasy rosyjskiej szkoły.

Pan Józef miał 13 lat, gdy wracał. Zamieszkał w Elblągu. Ukończył tam technikum. W mieście był ogromny zakład mechaniczny Zamech, który zatrudniał 12 tys. osób. Podczas II wojny światowej Niemcy produkowali w tym zakładzie U-Booty. Większość maszyn Niemcy wywieźli do budowy łodzi podwodnych. Po wojnie maszyny do fabryki przesłały władze USA na prośbę i po opłaceniu ich przez stowarzyszenie polskich inżynierów z USA.

W niedzielę wsiadało się na stateczek i płynęło odpoczywać do Krynicy Morskiej.

Pan Józef pracował jako tokarz, frezer, a potem był kierownikiem biura projektowego w szkole zawodowej. Gdy odchodził z domu dziecka w Elblągu, otrzymał kurtkę, koc, prześcieradło i „poszedł w ludzi”.

W 1954 roku przyjechał do Białegostoku na studia. Ukończył dwa kierunki i dwie specjalizacje. Pociągała go technika i nowoczesność.

Pan Józef brał udział w odbudowie fabryki pluszu w Białymstoku (późniejsza Biruna), przez 10 lat był tam głównym mechanikiem. Szwajcarskie maszyny włókiennicze były z ok. 1905–1908 roku, a pracowały nadal. Przy jakiejkolwiek awarii którejkolwiek części pan Józef rysował model brakującej części, wysyłał go, powstawały odlewy, następnie odpowiednie zakłady wykonywały poszczególne elementy. Z udziałem pana Józefa odbudowano cały park maszynowy fabryki pluszu. Później przez 20 lat pracował przy budowie oczyszczalni ścieków – w tym wszystkich szesnastu, które powstały na Białostocczyźnie, również białostockiej ok. 1968 roku. Na białostockiej oczyszczalni zakończył swoją pracę zawodową.

Udzielał się aktorsko w sztukach teatralnych i występował na scenach w Białymstoku, głównie w dawnych klubie Włókniarzy przy ul. Kilińskiego. Później każdy zakład włókienniczy miał już własne koła artystyczne. Specjalnością pana Józefa były role amantów („szczupły, wysoki chłopak o delikatnej twarzy musiał grać amanta”). Na białostockich Plantach niedaleko fontanny była też muszla koncertowa, w której także zdarzało się mu występować z teatrem i recytować poezję w niektóre niedziele.  

W latach 60. napisał książkę ze swoimi wspomnieniami i przynajmniej do 2018 roku nie została ona wydana.

Józef Panasiuk Modlitwa zesłańca

Józef Panasiuk czyta na głos Modlitwę zesłańca

(wiersz powstał w latach 60. lub 70. XX w.)

Klękam przed tobą, mój wszechmogący Boże,
Wznosząc swą roztargnioną duszę i serce
Z prośbą o łaski, o opiekę nade mną i Polską
Z prośbą o przetrwanie na zesłaniu i o powrocie.
Wśród codziennych zmagań zesłańca,
O głodzie, chłodzie i wyczerpaniu
Nie zapominam klęknąć rankiem, wieczorem,
By zmówić paciorek na twoim ołtarzu.
Patrzę na niebo przez okienko baraku
Na rozrzucone wokół czarne i białe obłoki
I wiatr, pędząc powoli chmury przed siebie
Wokół bezkresnej tajgi północnej przyrody.
Za oknami obozu silny mróz i zawieja
I jęczące drzewa obsypane śniegiem
I śnieg zasypujący mą duszę
I ciało, i marzenia o wolności i powrocie do Polski.
Po latach widzę jednak wiatr wolności,
Co obiega świat, który innym państwom przyniósł już wolność
Układając teraz chmurki w piękny, jasny obraz
na niebie Matki Boskiej znak wolności dla Polski.
Dziękuję Bogu za przeżyte dni zesłania,
Za opiekę i łaski dane mnie i mej ojczyźnie
Powoli ruszam teraz, by odnaleźć najprostszą drogę
Do powrotu do umiłowanej ojczyzny – do Polski.


Inżynier w służbie pamięci

Pan Józef był zaangażowany w powstanie wielu pomników pamięci Sybiraków i innych form ich upamiętnienia. Wykonał m.in. instalację pt. Panorama ludzi wolności. Inspirowały go malajskie bębny obrotowe stosowane do modlitwy. W panoramie pana Józefa są znane postaci, m.in. gen. Anders i Kościuszko. Kolejne osoby pojawiają się poprzez obracanie się elementów. „Jako Sybirak jestem cząstką wolności” – dodaje pan Józef.

Józef Panasiuk przy Panoramie ludzi wolności

Pierwszy, który budował wraz z innymi, to Pomnik Nieznanego Sybiraka. Pana Józefa były szyny, łańcuchy kotwiczne zaś ze statków w porcie gdańskim.

Pomnik w Rutce. Wcześniej w Rutce był pomnik drewniany. Mieszkańcy Rutki byli dwukrotnie deportowani na Syberię. Najpierw w 1916 roku po wejściu Rosjan.

Sokółka – pomnik znajduje się w rogu przy ogrodzeniu sanktuarium, przy skrzyżowaniu. W tym przypadku członkowie miejscowego Koła Sybiraków byli zaangażowani w projekt i budowę, pan Józef zaś służył im radą.

Józef Panasiuk przy pomniku zbudowanym przez miejscowe koło Związku Sybiraków w Sokółce

W Świętej Wodzie wybudował pomnik pamięci i wdzięczności.

Był wśród osób, które poprosiły proboszcza kościoła farnego o umieszczenie pamiątkowej tablicy o Sybirakach. Tablica została zamontowana w kościele.

Wraz ze swoim synem i wnukami skonstruował niezwykły znicz elektryczny przypominający kroplę krwi.

Wnuczka pana Józefa uczyła się w Liceum Plastycznym w Supraślu. Funkcjonował w miasteczku także dom dziecka. Pan Józef zauważył, że nie było tam placu zabaw, więc sprezentował i ok. 1978 roku wybudował cały plac zabaw.

Józef Panasiuk mieszka w Białymstoku. W chwili rozmowy (2018) ma 85 lat. Serdecznie dziękujemy za rozmowę i życzymy kolejnych wspaniałych wynalazków!

Udostępnij