Wesprzyj Sybirak.pl

Polacy się nie dawali po prostu. Józef Surówka

Helena Urbańczyk

Rodzina Józefa Surówki związała się z województwem stanisławowskim w roku 1920, kiedy to pochodzący z okolic Limanowej dziadkowie, po nabyciu gruntów, założyli gospodarstwo rolne o wielkości 20 hektarów. Liczna góralska rodzina pracowała ciężko na roli oraz przy hodowli zwierząt gospodarskich, zatrudniając ludność ukraińską (rusińską) w roli parobków. Ośmioro dzieci po odejściu z domu osiedliło się w niewielkiej odległości od rodziny, stąd zamieszkujący okolicę krewniacy stanowili liczne grono osadników, które do 1939 roku znacznie rozbudowało infrastrukturę wsi. Okres dostatku skończył się jednak po dwudziestu latach, kiedy to z początkiem wojny zarządzono w poszczególnych gospodarstwach we wsi rekwizycje zboża. Wizyty wojska były pierwszym sygnałem, że machina wojenna przyspiesza.

Józef Surówka

W roku 1940 czteroletni Józef mieszkał w gospodarstwie rodzinnym razem z czworgiem rodzeństwa, rodzicami i dziadkami. 10 lutego 1940 roku zmuszony został opuścić Dąbki i podzielić los wielu rodaków ówczesnej Rzeczpospolitej.

Wieś Dąbki została w nocy otoczona kordonem wojskowym, podobnie jak wszystkie polskie domostwa. Zaskoczeni najściem domownicy otrzymali rozkaz, ażeby jak najprędzej ubrać się i spakować, a skromny dobytek załadować na podstawione sanie. Zasiadłszy na saniach, babcia nakryła dzieci pierzyną. We wspomnieniach pana Józefa, małego natenczas chłopca, utkwiły w pamięci ambiwalentne postawy ukraińskich mieszkańców okolic – uczestników tamtych wydarzeń. Jak wspomina, jadąc saniami, słyszał głosy Ukraińców cieszących się z faktu wywózki Polaków. Z drugiej jednak strony sprawiedliwie i z rozczuleniem mówi o woźnicy sań, również Ukraińcu, który obdzielił dzieci własnym chlebem. Przykład ów dosadnie rysuje tragizm relacji polsko-ukraińskich w okresie drugiej wojny światowej, która stała się swoistym katalizatorem wybuchu ukrytych dotychczas pod powierzchnią życia społecznego antagonizmów sąsiedzkich.

Józef Surówka

Podróż na Syberię odznaczyła się w pamięci Józefa Surówki strachem przed oddzieleniem od rodziny, kiedy to po wypuszczeniu więźniów na stacji w Pawłodarze razem z bratem zagubił się w ogarniętym paniką tłumie. Wszechobecny chaos spowodował, że Polacy wsadzani byli przez rosyjskich żołnierzy na ciężarówki przypadkowo, przez co wiele rodzin zostało rozdzielonych, w tym mały Józef wraz z bratem. Ponieważ jadący w stronę miejsca przeznaczenia samochód parokrotnie się psuł, więźniowie korzystając z okazji łączyli się z rodzinami, przesiadając się do ciężarówek, w których znajdowali się ich bliscy. Jednak Józef i jego brat, nie wiedząc dokąd iść, nie oddalali się od kierowcy, grzejąc się na kolejnych przystankach przy żelaznym piecyku, na którym gotowano kipiatok (wrzątek), podczas gdy kierowca naprawiał auto. W ten sposób chłopcy dotarli do osady górniczej Majkain-Zołoto (Kazachstan) dopiero następnego dnia, gdzie połączyli się z oczekującą na nich przestraszoną rodziną. Ciężka i długa podróż w ponadtrzydziestostopniowym mrozie poskutkowała poważnym zapadnięciem na zdrowiu Józefa Surówki, czego konsekwencje odczuwa do dziś.

Bilet miesięczny z roku 1966

Rodzina spędziła dwa lata na terenie osady Majkain-Zołoto. Życie Polaków na terenie kopalni toczyło się wokół drewnianych baraków, których wydzielone izby służyły za miejsce do życia czterech rodzin. W ulokowanych żelaznych piecach palono drewnem, ogrzewając dużym nakładem pracy zimne mimo tych starań pomieszczenia, a także gotowano. Długie zimy dzieci spędzały pod pierzyną, wychodząc tak rzadko, jak to tylko możliwe. W upalne lata w pustynnym krajobrazie wypatrywały w oddali stada kóz wypasanych przez Kozaków. Kozacy przywozili też dwukołowymi wózkami tony rudy, które w tym czasie ojciec Józefa rozdrabniał w specjalnym młynie, wyrabiając wymagane przez zarząd kopalni normy i tym sposobem gromadząc niezbędne do życia środki. Mama zaś opiekowała się w tym czasie czworgiem dzieci, a kiedy tylko miała możliwość dorabiała w charakterze praczki u Rosjan, stanowiących ciało kierownicze zakładu.

Życie dzieci koncentrowało się przede wszystkim na myśleniu o tym, jak zdobyć jedzenie. Nie brakowało również dziecięcych niesnasek: „Tam się z nas wyśmiewali Rosjanie, ale Polacy się nie dawali po prostu. Tylko chwycił Ruskiego pod gardło…”.

Powrót rodziny pana Surówki odbył się przez pośrednictwo zawiązanej w roku 1943 organizacji Związek Patriotów Polskich w ZSRR. Traktowana utylitarnie przynależność umożliwiła wydostanie się z syberyjskiej rzeczywistości dopiero w roku 1946. Upragniona słodko-gorzka podróż do Ojczyzny uniemożliwiła Kresowiakom powrót w rodzinne strony, a przekraczający Bug towarzysze podróży Józefa Surówki w symbolicznym geście pożegnali Syberię, wrzucając książeczki ZPP do wody i wspominając przy tym wojnę 1920 roku, kiedy to Polacy odparli wojska rosyjskie.

Legitymacja służbowa

Transport kolejowy skierowany został na północno-zachodnie tereny Polski. Współpasażerowie, których rodziny mieszkały w miejscowościach znajdujących się na trasie transportu, opuszczali wagon żeby połączyć się z bliskimi i rozpocząć nowe życie w powojennej Polsce. Rodzina Józefa Surówki pojechała do końca, ażeby stanąć na stacji w Gryficach (woj. zachodniopomorskie). Po ukończeniu szkoły pocztowej pan Józef rozpoczął pracę. Wspominając placówkę poczty w Kołobrzegu, nadmienił, że była ona wówczas „kupą gruzu”. Namawiany przez małżonkę w latach 60. przeniósł się w okolice Sanoka (woj. podkarpackie). Podczas spotkania o pracę z dyrektorem Obwodowego Urzędu Pocztowego w Lesku niespodziewanie wywiązał się wątek syberyjski. Zapytany przez dyrektora o przedwojenne i wojenne losy pan Józef odpowiedział: „Do Polski to przez Syberię wróciliśmy”. Zaskoczony dyrektor odpowiedział: „Tak? A mój brat nie wrócił”.

Poczet sztandarowy Terenowego Koła Związku Sybiraków w Sanoku. Od lewej: Prezes Mieczysław Brekier, Kazimierz Glazer, Józef Surówka.
Józef Surówka i Kazimierz Glazer

Udostępnij