Wesprzyj Sybirak.pl

Skolka was padochło? Stanisław Skrobot

Z rozmowy ze Stanisławem Skrobotem, zebrała i opracowała Krystyna Jarosz

Nazywam się Stanisław Skrobot, urodziłem się 10 kwietnia 1938 r. we wsi Haka, w gminie Podbrzezie, w województwie wileńskim. Przed deportacją moja rodzina liczyła 11 osób, 9 dzieci i rodzice. Z rodzeństwa jeden brat został zastrzelony na Litwie przez bandę i czternastoletni brat zmarł na zapalenie opon mózgowych, i jeszcze czteroletnia siostra zmarła.

Ignacy Skrobot, Haka, Wileńszczyzna, 27 stycznia 1924 r.

Rodzice mieli razem 35 ha ziemi, w tym 10 ha lasu. Za to byli uznani „kułakami”, „pomiescikiami”. Tata Ignacy Skrobot służył w Korpusie Ochrony Pogranicza na granicy polsko-litewskiej jako podoficer.  Pochodził z kieleckiego, miał skończonych siedem klas, a mama Katarzyna Skrobot ukończone cztery klasy.

Ignacy Skrobot pierwszy z lewej. Patrol z Korpusu Ochrony Pogranicza, Okmiana, Wileńszczyzna, lata 20. XX w.
Ignacy Skrobot, podporucznik KOP, Okmiana, lata 20. XX w.

Wywieziono rodziców i najmłodszą siedmioletnią siostrę Helenę ze złamaną ręką w 1950 r. Ich wywieziono, a myśmy zostali: Ignacy, Stanisław i Genowefa. Gdy deportowano rodziców na Syberię, ja byłem poza domem w szkole, mieszkałam u nauczycielki Antonii Lewickiej. Mnie i rodzeństwo to po pół roku połapali, w styczniu 1951 r. Mnie zabrali ze szkoły, gdy byłem w Mickunach koło Nowej Wilejki, miałem niespełna trzynaście lat, brata i siostrę z pracy w Wilnie. Czterdzieści osiem godzin siedziałem sam, na drugi dzień dowieziono mnie do Wilna – Łukiszek, tu znalazłem siostrę i brata w wagonie.

Osiemnaście dni wieźli nas do Krasnojarska. Wagonów pilnowało wojsko, otwierano je z problemami, bo były oblodzone i pierwsze pytanie było: „Skolka was padochło?”. W wagonie było dwadzieścia osiem osób. Na stacjach chodziło się po zupę z wiadrem. Brat mój chodził i raz niósł wiadro zupy, a żołnierz wpadł na niego i rozlał. Wlał wiadro wody do kotła, pomieszał… i to była druga zupa na nas.

Na stacji w Krasnojarsku wyładowali nas z wagonów, kazali czekać, przyjechał po nas samochód ciężarowy i przewieźli nas do cegielni „Kirpicznyj Zawod nr 1”. Tam były pobudowane baraki jeszcze bez dachu, tynk, że palcem można było go zbierać, deski i żużel, w środku jeden piec i  metalowe kuchnie. Po siedem osób do jednego pokoju, łóżka z pryczami i tak mieszkaliśmy.

Nasi rodzice byli 300 km dalej w kołchozie w tajdze, przez trzy lata nie mogliśmy do nich jechać ani oni do nas. Po cichu dogadaliśmy się tam z kierowcą, co woził cegły z cegielni. On mnie podwiózł,  a 14 km musiałem dojść na piechotę. Na drugi dzień tata dostał z kołchozu, konia, sanie i podwiózł mnie w wyznaczone miejsce.

Helena Skrobot z najmłodszą córką Katarzyną Skrobot, kołchoz w rejonie Szoszkino, Syberia, ok. 1950–1951.

Od rana musieliśmy z pieców, gdzie wypalano cegłę, wywozić cegłę metalowymi wózkami na szynach. Ładowało się w gumowych, grubych rękawicach około 250 cegieł przy piecu, gdzie było było ok. 70 stopni. Wypychało się wózek na podwórko na sztable, i jak wyjeżdżało się mokrym od potu ubraniu, to kombinezon robił się sztywny od czterdziestostopniowego mrozu przy rozładunku.

Tam w cegielni rządziła majster Anna Lwowna – Żydówka. Jak Stalin w 1953 roku zaczął chorować, to przez głośniki nadawali informacje o jego stanie zdrowia. Raz Anna Lwowna wyskoczyła z biura z płaczem i rwąc włosy. Gruzin Wołodzia zapytał, co się stało, a wtedy ona, że „zmarł batka Stalin” – odpowiedział on wówczas, że „Twoj batka, to ty płacz” . Zaraz przyszło NKWD i jego zabrano i więcej go nie widzieliśmy. Podpisywaliśmy tam listę obecności jak w pracy. Rozmawialiśmy w języku rosyjskim, nie było mowy ani chęci do śpiewu. W naszej grupie byli Litwini, Polacy, Białorusini, Ukraińcy i Azerbejdżanie, ogólnie to było ponad trzydzieści narodowości w cegielni. Byli tacy Rosjanie o sobie mówi „My błatnoje”, bijąc się w piersi. Oni, jak ktoś się oddalił, to bili, krzywdzili ludzi.

Dostawaliśmy listy z Wileńszczyzny raz na pół roku, rzadko. Ja skończyłam w sumie dziewięć klas rosyjskiej szkoły, część na Wileńszczyźnie, część w Krasnojarsku.

Pod śniegiem szukaliśmy liści kapusty, by zupę ugotować. Nie było warzyw. Dostawaliśmy rybę morską treskę do jedzenia. Tam nie było żadnej możliwości, by konspirować czy stawiać opór – nie było nawet do pomyślenia. Tęskniło się za rodzicami.

Rodziców po czterech latach my ściągnęliśmy do Krasnojarska. Mogliśmy być razem, wspólnie mieszkać i mieliśmy większe mieszkanie. W Krasnojarsku poszedłem do takiego przedsiębiorstwa transportowego „Autotransportny Kantor”. Uczyłem się na mechanika ślusarza i pracowałem jednocześnie. Po sześciu miesiącach zacząłem samodzielnie pracować. Mogliśmy trochę się przemieszczać, jak byliśmy na prawym brzegu Jeniseja, to nie mieliśmy prawa jechać na lewy brzeg. Pisaliśmy do Moskwy, Wilna z pytaniem, za co nas wywieziono. Po czterech i pół roku dostaliśmy dokumenty, że to przez pomyłkę. Nie pojechaliśmy już na Wileńszczyznę, tam nie było do czego wracać.

Na Syberii zmarła siostra, została pochowana w Krasnojarsku. Miała swoje dzieci, które mieszkają w Krasnojarsku.

Droga powrotna była przez Moskwę, tam mieliśmy przesiadkę. Jak wróciliśmy we wrześniu 1956 roku, nie byliśmy „lubiani”, jak się coś powiedziało, to UB zaraz się interesowało. Przyjechaliśmy do znajomych Tomaszewskich z Wileńszczyzny, którzy wyjechali jako repatrianci z Pustyłki w gminie Podbrzezie na Wileńszczyźnie do Stręgla koło Węgorzewa już w 1946 roku. Zamieszkali przed jeziorem po lewej stronie. Rodzina taty wystarała się mieszkanie w Katowicach. Ale mama z tatą nie chcieli do dużego miasta. I tak nie pojechali do Katowic, tylko zostali tutaj na Mazurach. 

Ja sam około 1959 roku pojechałem na ojcowiznę na Wileńszczyźnie i do siostry, która była mężatką. Nasz rodzinny nowy drewniany dom został rozebrany przez rosyjskiego oficera i przeniesiony do Wilna. Zobaczyłam tylko kamienie po fundamentach domu i stawek, ziemia porosła chaszczami. Jeszcze mnie teraz ciągnie, by tam pojechać i zobaczyć – niestety… Po powrocie poszedłem do pracy do Gminnej Spółdzielni w Węgorzewie jako mechanik samochodowy. Wróciliśmy z rodzicami, bratem i siostrą. Do Krasnojarska też mnie nęci, by pojechać.

Chodzę na lekcje historii do liceum ogólnokształcącego. Opowiadam młodzieży o swoim życiu, wraz z innymi Sybirakami. Im trudno zrozumieć, że tak  mogło być…

Udostępnij