Wesprzyj Sybirak.pl

Tam już stał „czorny woran”. Maria Bartosewicz o sobie

Krystyna Jarosz, Roksana Butrym

Urodziłam się 17 grudniu 1944 roku w folwarku Ostrowo w gminie Wasiliszki w powiecie szczuczyńskim, w województwie nowogródzkim II Rzeczypospolitej, obecnie to Białoruś. Po wojnie w 1945 roku zaginął mój tata Jan Filinowicz. Wówczas moja mama Maria Filinowicz z domu Hulnik przeniosła się do swojej mamy do Roźniatycz. Dziadkowie mieli ponad 50 ha ziemi i zostali „rozkołaczeni”, a dziadek w 1948 roku został aresztowany i zesłany do łagrów.

Maria i Aleksander Hulniccy z Roźniatycz. Fotografia wykonana przed aresztowaniem Aleksandra Hulnika w 1948 roku.

W Ostrowie i Roźniatyczach pozostały nowe drewniane domy, drewniane stodoły, obory i chlewy. Dom w Roźniatyczach rozebrano i przeniesiono na budynek biurowy gminny w sąsiedniej miejscowości. Pozostała studnia i duży sad.

Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Pamiątka po prababci zabrana z domu w Roźniatyczach do Kazachstanu. „W 1953 r. w Iliczowce z inicjatywy babci Marii Hulnik odprawialiśmy majowe przy obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, a Kazachowie i Uzbecy mówili 'malicies', przysłuchiwali się i nie przeszkadzali”. Dziś w kolejnej ramie obraz jest w domu M. Bartosewicz i Janiny Hulnickiej w Węgorzewie.

Z mojej rodziny z tych, co mieszkali w domu, wszystkich wywieźli, łącznie sześć osób: mnie Marię Filinowicz, moją mamę Marię Filinowicz, babcię Marię Hulnik, dwóch wujków Michała i Jana Hulników, ciocię Janinę Hulnik. Wrócili wszyscy, a dziadek Aleksander Hulnik dołączył do nas w 1954 roku. już w Kazachstanie.

Rodzina przed domem w Roźniatyczach, 1951 rok. Od lewej siedzą: Janina Hulnik, jej mama Maria Hulnik, stoi Marysia Filinowicz (wówczas uczennica szkoły białoruskiej w Lebiodce), obok siedzi jej mama Maria Filinowicz. Stoją brat Marii Hulnik Antoni i syn Michał Hulnik.

Pozostała niewywieziona rodzina ojca, a po śmierci Stalina już nie wywozili… Ot takie szczęście…

Wywieziono nas na początku kwietnia 1952 roku. Chodziłam wówczas do pierwszej klasy szkoły białoruskiej, miałam niecałe osiem lat. Po świętach wielkanocnych zachorowałam i miałam zostać w szpitalu w Lidzie, jednak babcia mnie nie zostawiła, a w obawie, że coś się dzieje, nocowałyśmy u rodziny dziadka siostrzenicy Franciszki Pawłowicz w Lidzie. Nad ranem około godziny czwartej walenie do drzwi, a tam już stał „czorny woran”, tzw. „więźniarka” i wojsko – „po starą kobietę i wnuczkę”. Ubrałyśmy się w to, co miałyśmy ze sobą szybko, i tak nas powieźli. Zapamiętałam, że pytali babcię, czy wie, dokąd nas wiozą, a moja babcia odpowiedziała, że „Bóg jeden wie – że może w Katyń”. Ja wtedy pomyślałam, że będą nas katować…

Całą drogę, ponad miesiąc, ciągle o tym myślałam. Nie rozumiałam wtedy, co znaczy ta nazwa. A noc wcześniej w Roźniatyczach trzymano pod karabinem, by nie uciekli całą rodziną – wujka, mamę, ciocię, a tylko najmłodszy 14-letni wujek Jan mógł się ruszyć i pakować żywność – zgarnięto całą rodzinę. W Roźniatyczach zabrali jeszcze jedną rodzinę razem na samochód. Jak samochód przejeżdżał przez rzeczkę Lebiodkę, to załamał się mostek i ledwie co się uratowało ze spakowanego dobytku. Mama wspominała, jak złapała stary obraz Matki Boskiej Częstochowskiej po prababci. Obraz już pływał. I tak wszyscy pomoczeni z pakunkami, a pozostało w sumie niewiele pościeli, jechali dalej. Ze stacji w Szczuczynie mamę z rodzeństwem zapakowali do wagonów, następnie w Lidzie dopchali nas. W wagonie było z osiem rodzin. Choć razem nas wieźli samochodami, to do wagonów nas wymieszali. Pamiętam – byli państwo Szachwiczowie, a z naszej wioski to jechali Siliccy, ale w innym wagonie. Z naszego wagonu nikt nie umarł. Nikt z nas nie wiedział, dokąd nas wiozą.

Pociąg stawał na pustkowiu, wtedy się widziało zawinięte prześcieradła. Pamiętam, jak raz zatrzymał się pociąg i wystawiano w prześcieradłach zawinięte ciała, które układano, a potem zakopywano przy torach.

Dojechaliśmy do obwodu południowokazachstańskiego – „jużno kazachstańskiego”, rejonu Ilicz, „pasiołka” Iliczok, a tam same lepianeczki, to był już maj. Koniec drogi, jak to mówili,  „tupik” – koniec „żelaznej darogi”. Pamiętam, że spytałam wówczas babcię, czy to Katyń…

Samochodami ciężarowymi porozwożono nas do kołchozów, gdzie mieszkali Uzbecy i Kazachowie, a wokół tylko pola bawełny. W kołchozie Malenkowa, dokąd nas zawieziono, mieszkali tak pół na pół Uzbecy i Kazachowie. Przydzielono nas do Uzbeka, który wysprzątał lepiankę, gdzie wcześniej mieszkały jego zwierzęta – krowy i osły. Stary obraz zabrany w drogę w nieznane wisiał na honorowym miejscu, przy nim się modliliśmy. Wrócił ten obraz z nami do Polski, zawsze go pilnowałam. Jak się zepsuła rama, mąż zmienił na nową.

Wszyscy, łącznie z babcią, musieli pracować. Jednym z brygadzistów był Uzbek Umar. Mnie skierowano do szkoły, a tam sami chłopcy Kazachowie i Uzbecy. Otworzyłam drzwi, poczułam odór i uciekłam. Nikt nie wymagał, bym chodziła do szkoły, nikt z dzieci wówczas nie chodził. We wrześniu skierowali do nas nauczycielkę, Rosjankę. Już potem, w drugiej części kołchozu, poszłam do szkoły i już tam byli inni uczniowie – i Tatarzy, i Polacy.

Zwyczajny dzień w kołchozie zaczynał się o godzinie piątej rano już pracą na polu. Bawełnę trzeba było obkopywać, nawadniać, robić rowy motykami, które ważyły od 6 do 8 kg. Mojej mamie od tej ciężkiej pracy motyką, od tego „hakania” pod pachą wyrósł guz.

Jak bawełna wyrosła do określonej wysokości, to trzeba było szczypać jej  pędy – to była niby lekka praca dla dzieci od około dziesiątego roku życia. W sierpniu dziecko musiało uzbierać nawet do około 30 kg i więcej bawełny.

W kołchozie odliczano za mieszkanie w „kibitce”, za to, że przyjechało kino. Mama, wujek i ciocia za miesiąc pracy dostali 7 kg pszenicy. Tak było kilka razy, a potem w ogóle nie dawali nawet pszenicy. Sadziliśmy swoją kukurydzę, a mama i babcia wyprzedawały ostatki cennych rzeczy, by było na chleb. Ciocia Zofia Siemaszko, mamy rodzona siostra z Białorusi, której mąż piłsudczyk powrócił z zesłania, wysyłała nam paczki żywnościowe i pieniądze. Było za co kupić trochę czarnego chleba.

Rodzina, a szczególnie babcia, była bardzo religijna i z tego powodu w szkole upominana byłam przez nauczycieli. Gdy poszłam do szkoły w nowej świątecznej sukience, nauczycielka, która chciała wychowywać „po nowemu”, była negatywnie do mnie usposobiona, bo wiedziała, że obchodziliśmy święta wielkanocne.

Jak trzeba było do dentysty, to moja mama najpierw poszła do dentysty, a nie po przepustkę. Moja mama nie poszła do gminy sześć kilometrów, tylko cztery do dentysty. Mama została przyłapana, zamknięta i nie wróciła na noc. Ja strasznie się przejęłam i na drugi dzień, nikomu nic nie mówiąc, poszłam szukać mamy. Szukałam więzienia i dobrnęłam do niego. Siedzieli w nim ludzie, którzy wyglądali przez zakratowane okna. Biegałam dookoła więzienia i krzyczałam „Mama, mama”. Kilku strażników wyprowadzało kobiety do pracy przy kwietniku i zobaczyłam mamę. Maja mama dostała pięć dni aresztu za samowolne oddalenie bez przepustki.

Mężczyźni w rodzinie chronili nas. Wujek Michał był szanowany przez miejscowych, wysłany został na kurs traktorzysty-mechanizatora, później sam przyuczał nawet innych. Wysłali go na pustynie Kyzuł-Kum. Siali tam pszenicę ozimą na tej pustyni. Dowozili im tylko suchy chleb, paliwo i w beczkach po ropie – wodę. Po kilku tygodniach wujek bardzo się rozchorował, nie był w stanie pracować. Odmówiono mu pomocy, wówczas ukradkiem wtoczył się do ciężarówki niezauważony. Po powrocie leżał w szpitalu, miał żółtaczkę. Dyrektorem szpitala był Niemiec, który wystarał się dla wujka o zaświadczenie, że nie może tak ciężko pracować… i to go uratowało. Ludzie, zesłańcy sobie pomagali.

Tam trzeba było się meldować co tydzień, dzieci to nie obowiązywało.

Nie było światła nic… Mama od świtu do nocy pracowała. Ja jeszcze nie miałam dziewięciu lat, ale po rusku czytałam, a po polsku jeszcze nie. Zaparłam się, że chcę, by wujek Michał Hulnik, mamy rodzony brat, dla mnie przeczytał całą „Trylogię” Henryka Sienkiewicza, którą udało mu się od kogoś pożyczyć. To trwało chyba z pół roku.

W dzieciństwie miałam na głowie grzybicę, a przed wyjazdem zachorowałam na zapalenie oskrzeli i płuc – i tak mnie powieźli. Tam do tego jeszcze doświadczyłam głodu, byłam nieraz tak głodna… Miałam ciężką anemię, w ogóle nie mogłam chodzić i jeszcze utrzymywały się problemy z płucami. Przeszłam ciężko żółtaczkę. Leżałam przez kilka miesięcy. Babcia po kilku miesiącach pracy i życia dostała tam czerwonej biegunki – dyzenterii. Ta choroba bardzo ją wyniszczyła. Nie trafiła do szpitala, nie miała opieki, nie była w stanie pracować. Był tam taki robotnik lekarz, który doradził babci co ma robić i jakoś ona i ja wróciłyśmy do zdrowia. Zaczęłam chodzić do szkoły. Po drodze kierowcy Rosjanie zjeżdżali samochodami na pobocze i tam pili. Po nich ja z koleżanką zbierałyśmy resztki, okruchy chleba i resztki śledzi z konserw… i z kanału popiło się wody, i szło się do szkoły.

Miejscowi ludzie, którzy tam żyli, mieli też skromnie, wręcz ubogo. Tylko lepioszki i czaj. A mięso to tylko od czasu do czasu, zabijali jakiegoś barana.

W 1954 roku, jak dziadek dołączył do nas, pobył ze dwa dni, wziął tobołek i gdzieś poszedł. Załatwił wówczas, by mnie wysyłano do miasta do przywiezienia chleba. Wsadził mnie do samochodu, który jechał z kierowcą. Dorośli nie jechali, bo bali się aresztowania.

Dziadek załatwił, że przenieśliśmy się do miasteczka Iliczowki – po kazachsku Pachtarał – od słowa „pachta” – bawełna, wata. Tam też była fabryka bawełny. Dziadek prowadził tam skup koniczyny z kołchozów. Robiono z niej bele i wrzucano na towarowe wagony. Tatarzy nazywali koniczynę „klewier”. Za tę pracę dziadek otrzymywał parę rubli i można było kupić czarny chleb i „seliotkę” – solone śledzie przepyszne zimą, a okropne, przegniłe latem. To już był lepszy czas…

Michał Hulnik z bratem Janem i kolegami – braćmi Michałem i Stanisławem Kowalczykami, kolegą Dutkowskim. Razem byli w kołchozie Malenkowa i dalej razem. Iliczowka 1956 rok.

W tym miasteczku naliczyłam ponad dwadzieścia narodowości, a w miasteczku było, jak mówił dziadek, jeszcze więcej narodowości. Byli tam zesłańcy Niemcy nadwołżańscy. Ja najlepiej potrafiłam dogadać się z Grekami, którzy sami tam przyjechali, Niemcami, Tatarami (wierny, lojalny naród) i Koreańcami. W szkole, na targu wszyscy porozumiewali się w języku rosyjskim, ale na targu to różne języki się słyszało. W trzeciej klasy poszłam do kolejnej szkoły, gdzie dyrektorem był Tatar, a wychowawcą był Niemiec Aleksander Aleksandrowicz – wspaniały człowiek, później nie miałam takiego nauczyciela.        

Byli tam Grecy, którzy sami tam przyjechali, bardzo ich lubiłam. Pamiętam Czeczenów, których lepiej było omijać, i jeszcze Kazachowie, Uzbecy. Mawiali „Urus Dżaman”, to znaczyło „Ruski niedobry”. Oni nie lubili Rosjan, dla nich wszyscy biali to Rosjanie. Do Taszkientu było ze 100 km.

Polacy byli chyba najbardziej pracowici, zaradni, może dlatego że to byli sami „kułacy”, czyli zaradni gospodarze. Kobiety szyły, mężczyźni robili buty, jeden drugiemu pomagał. Na Wielkanoc, Boże Narodzenie ludzie się zbierali i razem śpiewali. W miasteczku w parku spotykali się najbardziej Grecy, oni lubili się bawić i inni ludzie się dołączali. Zazdrościłam im, że pobudowali sobie nawet małą cerkiewkę i mieli swojego popa.

Tęskniłam za kościółkiem w Wasiliszkach. Tam sypałam kwiaty, mając niespełna pięć lat, tego mi brakowało… Tam byli wspaniali ludzie. Jako dziecko tam czułam się bezpiecznie.

W 1956 roku, jak nastał Gomułka, zażądał, by Polacy mogli wrócić do kraju.

Przez lata przypominały mi się pogrzeby, bo bardzo dużo ludzi tam umierało. Moja babcia wtedy się martwiła, że oni zostaną na tej „nieludzkiej ziemi”. Z dalszej rodziny zmarł mąż cioci Aleksandry Czerniawko, to chyba było w kołchozie w Stalinsku.

Jak mieszkaliśmy w Iliczówce, niedaleko był cmentarz i przed wyjazdem babcia poszła tam ze mną. Było tam dużo krzyży, babcia żarliwie się modliła.

Modlitewnik z początku XX wieku. Pamiątka po mamie Marii Hulnik, Marii z d. Bogacz.

Po sąsiedzku w kołchozie z siedmioosobowej rodziny, chyba Jabłońskich, wróciły trzy osoby, umarł jeden syn, dziadkowie i chyba ojciec.

By wyjechać, trzeba było udowodnić, że się jest Polakiem. Jakieś przedwojenne dokumenty były. Wysłaliśmy te dokumenty do Moskwy, to wszystko kosztowało. Potrzebne były pieniądze i dobrze, że w tym miasteczku pracowaliśmy i zarobiliśmy na drogę powrotną, aż do Białej Podlaskiej. Wracaliśmy z tymi ludźmi, z którymi mieszkaliśmy.

Na początku 1957 roku, jak przyjechałam do Polski, dzieci w szkole przezywały mnie „Ruska”. Bardzo to przeżywałam.

Po przyjeździe było mi trudno. Polaków inaczej sobie wyobrażałam, nie za bardzo ich kochałam. Nie opowiadało się, skąd się przyjechało, nie było wolno… Poprawnie należało pisać: „Losy wojny rzuciły nas na Kazachstan”.

W Kętrzynie była babci siostra Adela (Adolfina) Melarowicz i Lucjan Bogacz. Od nich mieliśmy zaproszenie do Polski. Babcia tu chciała zostać, bo stąd było blisko do Grodna.

Do Wasiliszek nie chciałam jechać. Chciałam zostawić swoje wspomnienia. W telewizji oglądam program o Nowych Wasiliszkach, tam urodzony był mój ojciec. Chciałabym, by moja rodzina tam wróciła, ale nie do tamtych czasów, do tamtej rzeczywistości – tych kołchozów.

Mama i babcia tęskniły, a dziadek mówił: „Nie ta Polska…  Polska to była…”.

Sporo ludzi pojechało do Gdańska. Z czasem kontakty zerwały się, jakiś czas pisało się listy. Moja najlepsza koleżanka została tam w kołchozie Malenkowa, gdzie mieszkaliśmy, a później zjechała do Gdańska.

Ludzie z Kresów są inni niż ci z centralnej Polski. Później w latach 1958–1959 przyjechało więcej ludzi z naszych stron i my z nimi trzymaliśmy się razem.

Dziadkowie zmarli i zostali pochowani w Kętrzynie. Wujek Michał mieszkał i pracował w Maćkach koło Węgorzewa. Zmarł i został pochowany w Węgorzewie na cmentarzu komunalnym.

Do Kazachstanu bym się wybrała, chciałabym zobaczyć to miejsce. Tam to było inaczej, tam poznałam kolegów i koleżanki. W szkole w Iliczówce, kiedy byłam w piątej klasie, byłam jedną Polską w całej szkole i przyjaźniłam się z Koreanką o nazwisku Kim.

Grodzieńszczyzna to inne miejsce. Stamtąd wyrwali nas z korzeniami.

Młodzież powinna słuchać, uczyć się, słuchając opowieści starszych ludzi. Radzę im słuchać tej prawdziwej historii. Ja mogłam wiedzieć więcej, a choć słuchałam, to sporo umknęło koło uszu. Żałuję, że za mało słuchałam, teraz bym chciała.

Mam dużo rodziny na Białorusi. W telewizji oglądam i mam w rodzinie przykłady, że prawnik, jak zrobił Kartę Polaka, to wyleciał z pracy. Polacy, jak pielęgnują swoje dziedzictwo na Białorusi, to dalej są szykanowani.

Maria Bartosewicz z d. Hulnik w wieku 52 lat. Legitymacja członkini Związku Sybiraków.

Dodatkowe informacje:

Michał Hulnik ukończył kurs traktorzystów II stopnia w Szkole Mechanizacji Bawełny w Stacji Maszynowo-Traktorowej Kyzyłorda (czyli Czerwona Gwiazda) nad rzeką Syrdarią.

Okładka świadectwa

Na pierwszej stronie znajduje się motto: „Kadry decydują o wszystkim” – Stalin. Na stronie drugiej w punkcie nr 1: „Zajęcia polityczne: niezaliczone, 4 maja 1952 r.”.

Świadectwo Michała Hulnika.

Michał Hulnik otrzymał poniższą fotografię z dedykacją:

Na pamięć daruj ci Misza / Kolego nie zapomnij nigdy
znakomstwa naszego / może się niewidzim bo w życiu
różnie bywa niech będzie / pamięci ma liczność nie żywa
Ot kolegi Kowalczyk Stanisława / Jużny Kazachstan
7 IX 1956

Pamiątkowa fotografia z dedykacją dla Michała Hulnika od przyjaciela Stanisława Kowalczyka. Jużny Kazachstan, 7 września 1956 roku.
Dedykacja
Pomocnicy traktorzysty Michała Hulnika – Kazachowie i Uzbecy.

Udostępnij