Wesprzyj Sybirak.pl

Uchodźczy szlak Polaków w Afryce

Helena Urbańczyk

Podczas refleksji nad migracjami Polaków na przestrzeni dziejów kontynent afrykański jest bodaj ostatnim miejscem na globie, które przychodzi na myśl. Ponad sto lat zaborów oraz okres I i II wojny światowej nie dały możliwości na ekonomiczną ekspansję międzynarodową w jakimkolwiek wymiarze. Odkrycia geograficzne, kolonizacje i związany z nimi międzykontynentalny handel nie był domeną Polaków, których priorytet stanowiło przede wszystkim zachowanie integralności i tożsamości narodowej w obliczu kolejnych zawirowań geopolitycznych. Mimo to w dziejach narodu polskiego miało miejsce zdarzenie, które zaważyło na wielu polskich życiorysach.

Okres formowania się dywizji w ramach Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa to przede wszystkim ogromny zryw patriotycznego entuzjazmu, który zdeterminował dziesiątki tysięcy Polaków przebywających w ramach deportacji przede wszystkim na terenach Syberii azjatyckiej, skąd ściągali tłumnie rekruci. Oprócz mężczyzn z końcem roku 1941 rekrutowano do armii również kobiety w ramach  formacji o nazwie Pomocnicza Służba Kobiet. Młodzież od 14 do 18 roku życia angażowano w oddziały junackie.

Zesłańcza specyfika położenia Polaków w Związku Radzieckim pchała do siedzib wojskowych również cywilów. Połączenie się z wojskiem dawało im szansę na szybkie opuszczenie Rosji. Przyłączanie się do oddziałów zwiększało szanse przetrwania, bowiem armia polska, w miarę swoich możliwości, otaczała rodaków opieką. Wokół Wojska Polskiego formowała się kompleksowa infrastruktura również w postaci szkół i sierocińców. Jak pisze w swoich wspomnieniach Danuta Sedlak: „Tam, gdzie zakwaterowani byli żołnierze, którzy dostali się do Armii gen. Władysława Andersa – działała kuchnia polowa. Woskowi dzielili się z nami ciepłą strawą. Trzeba było stać w długich kolejkach, zanim otrzymało się chochlę zupy wlanej do puszki po konserwie. Te okazyjne posiłki pozwalały nam utrzymać się przy życiu” [1].

Jednym z pierwszych polskich ośrodków wojskowych w ZSRR była 5 Wileńska Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. bryg. Mieczysława Boruty-Spiechowicza, która w styczniu i lutym 1942 roku została przegrupowana do Kirgizji. W ślad za nią ciągnęli polscy uchodźcy.  Po odprawie w Krasnowodzku Polacy ewakuowani zostali do portu w Pahlavi (obecnie Iran), gdzie otrzymali kompleksową opiekę sanitarną. Stamtąd skierowani zostali do Teheranu, a następnie do Karaczi w Pakistanie.

Spotkania międzynarodowe na trasie wędrówki polskich uchodźców wspominane bywają z sentymentem. Stanisław Lula, członek przemyskiego oddziału Związku Sybiraków wspomina wigilię w siedzibie wojska amerykańskiego, na którą żołnierze zabrali polskie dzieci. Jak wielkie emocje mogło budzić podobne spotkanie u dziecka, któremu do niedawna przyszło żyć w realiach kołchozu, możemy się tylko domyślać. Po postoju w Karaczi polscy uchodźcy, za zgodą Wielkiej Brytanii udzielonej polskiemu rządowi w Londynie, przetransportowani zostali drogą morską do Afryki, gdzie zaczął się dla nich okres oczekiwania na powrót do Ojczyzny.

Okres ten jednak określany często bywa jako „szczęśliwy”. Infrastruktura polskich osiedli, takich jak Masindi w Ugandzie czy Tengeru, Kondoa, Ifunda, Kidugala w Tanganice stworzona przez Polaków z pomocą Brytyjczyków była dopracowana do ostatniego szczegółu.  Na miejscu sprawnie funkcjonowały szpitale oraz szkoły, zakłady szewskie, rymarskie czy kuźnie [2]. Nie brakowało żywności. „To było bycze życie”, tak wyraził się Stanisław Lula, natomiast Danuta Sedlak, która jako mała dziewczynka zakwaterowana została wraz z matką i siostrą w obozie Koja (Uganda), określa Afrykę jako „krainę szczęśliwości”: „Nasz obóz stawał się coraz piękniejszy, bo mieszkańcy, ok. 4000 osób, bardzo o niego dbali. Zakładali klomby kwiatowe, sadzili ananasy i papaje, zakładali ogródki warzywne (…). Nikt w obozie nie cierpiał głodu, dbano o nas, o nasze zdrowie, otrzymywaliśmy przydziały suchego prowiantu” [3].

Tym jednak, co doskwierało polskim osadnikom w Afryce, były przede wszystkim choroby, które dużej mierze były efektem gwałtownej zmiany klimatu i warunków życia. Stanisław Lula wspomina o ciężkich przypadkach skrętu kiszek, wynikających z zachłanności dzieci wrzuconych w urodzajną rzeczywistość Afryki po ciężkim doświadczeniu głodu na Syberii. Również radykalna zmiana klimatu na przestrzeni kilku miesięcy prowadzić mogła do obniżenia odporności. Powszechne były zachorowania na malarię, którego doświadczył również Stanisław Lula. Po dwóch nawrotach choroby nastąpił trzeci, po którym uznano, że jest przypadkiem śmiertelnym. Na skutek dobrej decyzji lekarza o zmianie miejsca pobytu chłopca na Rongai (Kenia) Stanisław uniknął śmiertelnego niebezpieczeństwa. Na zdjęciach z Rongai jako młody chłopak bierze udział w meczach piłkarskich, żeby po powrocie do Polski i odbyciu edukacji zostać komendantem miejskim Straży Pożarnej w Przemyślu.

Życie uchodźców w Afryce toczyło się w dużej mierze wokół pielęgnowania pamięci o Polsce. Szkoły były prowadzone przez profesjonalną kadrę nauczycielską wywodzącą się ze środowisk przedwojennej inteligencji, tworzono kluby sportowe oraz ośrodki harcerskie. Wychowanie w duchu patriotycznym było o tyle istotne, że wśród znajdujących się na uchodźstwie dzieci wiele z nich nie pamiętało kraju swojego pochodzenia. Nadzieja na powrót do Polski determinowała w kadrach nauczycielskich i duchowieństwie działanie mające na celu przygotować dzieci i młodzież do życia w niepodległym państwie.

Istotną rolę wychowawczą młodych Polaków pełniło cieszące się dużą popularnością harcerstwo. Prowadzone w Izbach Harcerskich zajęcia były interesujące, a przy ośrodkach działały biblioteki. W ramach struktur harcerskich organizowano zawody sprawnościowe, sportowe, a także wycieczki krajoznawcze. Jak pisze w swojej pracy Janusz Wróbel, niektóre z przedsięwzięć były spektakularne, jak na przykład zdobycie Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) 25 stycznia 1946 roku przez grupę harcerską pod przewodnictwem hm. Wiktora Szyryńskiego [4].

5 lipca 1945 r. Wielka Brytania i USA wycofały uznanie dla rządu polskiego w Londynie. W koloniach angielskich przestała działać polska administracja, a władzę decyzyjną nad osiedlami w Afryce przejęli Anglicy. Polacy w Afryce po zakończeniu wojny stawali przed wyborem miejsca, w którym mieli się osiedlić na nowo. Mogli wrócić do Polski lub emigrować do Wielkiej Brytanii. Rodziny Danuty Dziedzic-Sedlak oraz Stanisława Luli zdecydowały się na powrót do Polski, gdzie przyszło im kolejny już raz rozpoczynać życie od nowa.

Źródła:

[1] http://zeslaniec.pl/47/Zeslaniec47.pdf, dostęp. 1.12.2018.

[2] https://nowahistoria.interia.pl/polska-walczaca/news-afryka-byla-najblizej-polski-uratowani-zeslancy-z-syberii-tr,nId,1954154, dostęp: 1.12.2018.

[3] Dziedzic-Sedlak D., Z tajgi pod baobaby, „Zesłaniec” nr 47, 2011, s. 46–47, dostęp: 1.12.2018.

[4] Janusz Wróbel, Uchodźcy Polscy ze Związku Sowieckiego 1942-1958, s.176

Udostępnij