Wesprzyj Sybirak.pl

Wiecie, tu każdy chce żyć. Jan Truszkowski

Jan Truszkowski miał dziesięć lat, gdy go wywieziono na Syberię. Wraz z rodziną trafił do miasta Tara w obwodzie omskim w Rosji, położonego na lewym brzegu rzeki Irtysz. Według pana Jana nazwa miasta ma związek z Tatarami, którzy licznie zamieszkiwali ten teren.

Gdy wyprowadzano ich na wywózkę, Jan zauważył, że wyprowadzają także staruszków, dziadka i babcię. Żołnierz wynosił też chorą ciotkę Gienię, która nie chodziła po chorobie Heinego-Medina. Gdy się potknął i zorientował, że kobieta naprawdę ma bezwładne nogi, rzucił ją na ziemię w samej koszuli nocnej i zostawił. Odjechali z babcią, dziadkiem, matką i siostrą pana Jana oraz z nim samym. Babcia zmarła na zesłaniu w 1945 roku i nigdy już nie zobaczyła córki.  

Gdy wszystkie rodziny mogły wrócić do Polski, jego tylko rodzina wówczas została na Syberii. W tym czasie matka pana Jana mniej więcej co dwa tygodnia musiała się meldować na komendzie. Tym razem poszła i prosiła o przepustkę do Omska oddalonego o ok. 300 km, aby choć tam spróbować zdobyć jakiekolwiek dokumenty. Chodziła tak i prosiła codziennie. W końcu pewnego dnia podczas kolejnej wizyty matki urzędnik wyjął z szarej metalowej szafy teczkę, przewrócił parę kartek, po czym powiedział do niej: „Nina, wot, smatri, zdies napisana: 20 liet pożywiosz s nami, a potom pojediesz w Polszu. Nie biespakojsia!” (Nina, zobacz, tu jest napisane: pomieszkasz tu 20 lat, a potem pojedziesz do Polski. Nie denerwuj się!”. Był to cios być może nawet większy niż sama wywózka z Polski. Przepustki do Omska urzędnik nie chciał wydać, mówiąc, że nie może tego zrobić. Pojawił się pomysł, aby mimo to jednak wyruszyć do Omska. Urzędnik potwierdził tylko, że w razie ich złapania z powrotem trafią do tego samego obozu. Po rodzinnej naradzie matka postanowiła, że wybiorą się do Omska. Pan Jan zauważa, że jego mama miała swego rodzaju intuicję, dzięki której nie pozbyła się zupełnie wszystkich przywiezionych z Polski „szmatek” – ubrań. Dzięki temu za polską bluzkę czy spódnicę można było otrzymać pomoc w dotarciu do różnych potrzebnych osób. Tymczasem ruble nie miały żadnej wartości i nie dało się za nie nic potrzebnego kupić.

Jan Truszkowski od lat opisuje losy własne oraz innych Sybiraków. Z powodzeniem pisze też poezję.

Przystań w Tarze. Duża sala. We wspomnieniach pana Jana wszystkie budynki były tam parterowe i drewniane. Na przystani pojawił się problem – nie mogli kupić biletu na statek, bo nie mieli przepustki. Nikt nie mógł zmienić miejsca zamieszkania bez zgody władzy. Nagle matka zauważyła mężczyznę w mocno ubrudzonym kombinezonie roboczym. Zapytała go, czy nie mógłby kupić jej biletu. Nie chciał ryzykować. Wtedy zaproponowała mu któreś ze swoich ubrań, co go przekonało. Oddalił się od Truszkowskich, a po chwili wrócił i kazał im iść ze sobą do maszynowni pod pokładem. Była tam spora sala z węglem i drzewem do kotła. Okien nie było, było zupełnie ciemno. Mężczyzna podpowiedział, że gdyby przyszedł do nich niejaki Griszka, to mają mu coś dać od siebie. Podróż trwała tydzień.

W Omsku nikt nie sprawdzał biletów wysiadających pasażerów. Kolejnym wyzwaniem było przedarcie się z przystani do dworca kolejowego ok. 12–15 km. Wtedy matka zauważyła niewielki samochód ciężarowy, tzw. pałutarkę (półtoratonówkę), który był rozładowywany przy jakimś magazynie. Zapytała kierowcę, czy mógłby podwieźć rodzinę na dworzec. Okazało się, że wozi stamtąd swoje towary i chętnie im pomoże. Uprzedził ich tylko, żeby nie pokazywali swoich dokumentów. Podczas jazdy, mimo poruszania się bocznymi ulicami, zatrzymała ich milicja i kazała pokazać dokumenty. „U nas niet dokumientow”. Po takiej odpowiedzi rodzina trafiła na komendę. Funkcjonariusz na miejscu także poprosił ich o dokumenty i on również ich nie dostał. Po rozmowie z kierowcą ciężarówki odszedł, a ciężarówka z rodziną mogła jechać dalej. Na dworcu matka przekazała kierowcy kolejną zapłatę, na co kierowca stwierdził: „Wiecie, tu każdy chce żyć”.

Jan Truszkowski w swoim mieszkaniu (2018)

Na dworcu był tłum. Ponownie pojawił się problem z kupnem biletu i brakiem przepustki. Matka wypatrzyła mężczyznę w brudnym ubraniu, który spinał wagony. Poprosiła go o kupno biletów i kupił je. Zasugerował, że będzie lepiej, jeśli rodzina ukryje się w jednym z wagonów, które akurat spina, bo będą wywożone do Moskwy. Mężczyzna wepchnął rodzinę do wagonu przez lukę po wyrwanych deskach w jego szczycie. Oprócz Truszkowskich w towarowych wagonach jechali też inni ludzie. Tutaj nie musieli się obawiać kontroli biletów. Pociąg zatrzymywał się tylko w celu nabrania wody do lokomotywy. Na jednym z takich przystanków przyszedł kontroler biletów w cywilu. W tym czasie matka wyszła dziurą na zewnątrz wagonu i stała na pomościku oparta o balustradę. Siostra pana Jana okazała bilety do kontroli. Zapytana o dokumenty odpowiedziała, że są u matki – i wskazała, gdzie stała. Kontroler poszedł do matki i dość długo rozmawiali. W końcu zabrał się i poszedł.

W Moskwie pociąg zatrzymał się na obrzeżach, a trzeba było jeszcze dotrzeć do Dworca Białoruskiego. Było to dość daleko. Pomogli kierowcy ciężarówek, którzy podwieźli rodzinę na miejsce. Było tu jeszcze więcej ludzi niż w Omsku, choć byli lepiej ubrani i mieli mniej bagaży. Każda kolejka do kasy miała swojego opiekuna, aby zapobiec wpychaniu się osób spoza kolejki. Matka poprosiła jedną z takich opiekunek i poprosiła o kupno biletów mimo braku przepustki. Dała jej coś, prawdopodobnie pieniądze. Kobieta bilety kupiła, ale na pociąg osobowy dla wojskowych. Po dwóch lub trzech dniach oczekiwania weszli do eleganckiego przedziału o miękkich siedzeniach. Jan był zadziwiony, że w Rosji istnieją aż takie wygody. Mieli jechać do Brześcia Białoruskiego. Do przedziału wszedł wojskowy, zdziwił się widokiem rodziny w podartych łachmanach. Porównał ich bilet ze swoim, stwierdził, że numer pociągu się zgadza. Poszedł po dyżurnego ruchu, a on zapytał nie o bilet, a o dokumenty. Matka odpowiedziała wymijająco. W tym momencie mały Jan wziął tobołki i siostrę i szybko uciekli z przedziału. Matka udawała zdziwioną, że uciekli, a jednocześnie zdenerwowaną, że dzieci zabrały w bagażach także ich dokumenty. Takiej sytuacji ani jej rozwiązana nikt nie zaplanował – rodzina spontanicznie zachowała się w sposób, który pozwolił jej uniknąć niebezpieczeństwa. Następnie mamie udało się kupić bilet na pociąg osobowy dla cywilów.

W Brześciu Jan poczuł ulgę. Jednak nikogo nie wypuszczano z pociągu. Za pociągiem pojawiły się szpalery wojskowe z psami. Oficer sprawdzał dokumenty. Matka uprzedziła, że w razie takiej kontroli każdy z rodziny ma udawać, że nie zna pozostałych osób. Dzięki temu komukolwiek może się udać uratować. Jan uchylił okno i słyszał, jak oficer pyta każdego aż o cztery dokumenty: bilet, przepustkę, paszport oraz pozwolenie na przebywanie w strefie nadgranicznej. Truszkowscy mieli tylko bilet.  

Gdy ludzie wyszli ze wszystkich pociągów, a wojsko się rozeszło, mama wyskoczyła przez okno i schowała się pod towarowy pociąg. Jan z siostrą byli przekonani, że matkę złapano. Chłopak miał świadomość, że są z siostrą w beznadziejnej sytuacji. Związał ze sobą dwa tobołki, przerzucił przez ramię, wyszedł. Wszyscy go przepuszczali, bo wyglądał niepozornie. Miał wprawdzie 15 lat, ale był bardzo mały i przypominał raczej 10- lub 11-latka. Szła za nim siostra, choć o tym nie wiedział. Gdy wyszedł na zewnątrz, zatrzymał go żołnierz i kazał pokazać dokumenty. Jan powiedział mu, że są u jego matki. Musiał pokazać, która to kobieta, więc wskazał na obce kobiety w oddali. W chwili nieuwagi żołnierza siostra przeszła za jego plecami niezauważona. Następnie chciał się schować w wśród ludzi, pamiętając rady matki, że najłatwiej jest się ukryć w tłumie. Janek ukrył tobołki pod wierzchnim ubraniem, które też zdjął, aby jak najmniej przypominać siebie i nie dać się odnaleźć temu żołnierzowi, któremu przed chwilą zbiegł.

Stracił kontakt z matką i siostrą. Zastanawiał się, w jaki sposób wydostać się z Brześcia na polską stronę. Wiedział, w jaki sposób może przepłynąć rzekę Bug. Trzeba było naciąć sitowia, związać je w snopek i pod tym sitowiem wystawić głowę, a nogami odpychać się i płynąć na drugą stronę. Po kilku godzinach Jan zauważył siostrę w samej sukience. Rodzeństwo stosowało się do rady matki i udawało, że się nie zna. Zapytali tylko jedno drugie, czy wiedzą, co się dzieje z matką – żadne z nich nie wiedziało. Po jakimś czasie siostra szła w kierunku Janka uśmiechnięta. Gdy się mijali, siostra powiedziała Jankowi, że widziała mamę. W godzinach popołudniowych spotkali matkę i kazała im iść za sobą. Doprowadziła ich do pociągu stojącego na bocznicy przy pociągach towarowych. Przyjechał tam pociąg z Kazachstanu z Polakami. Miał tam stać przez kilka dni, bo miała nastąpić zmiana wagonów na przystosowane do węższych torów w Polsce. Truszkowscy znaleźli się w wagonie Dobrzyckich z ich rodzinnej parafii, nota bene ich kuzynów (babcia pana Jana, która zmarła na Syberii, była z domu Dobrzycka). Spędzili tam trzy, może cztery dni.

Koledzy z tego samego wagonu

W tym wagonie znajdował się też inny chłopiec, uciekinier. Był może o rok starszy od Jana. Był tak samo ubrany, też miał porwane spodnie uszyte z jutowego worka. Chłopcem opiekowała się Apolonia Dobrzycka, nazywana Polą. Zgodnie ze zwyczajem każde dziecko nazywało taką kobietę ciocią. Matka tego samotnego chłopca zmarła na zesłaniu. Ojciec się nimi opiekował. Chłopiec ukradł kilogram pszenicy i został złapany. Sąd skazał go na rok więzienia, a ponieważ dziecko nie mogło trafić do więzienia, aresztowano jego ojca. Dzieci zostały sierotami i trafiły do domu dziecka. Widząc, że Polacy wracają do Polski, chłopak uciekł tak jak stał – nie mają nic. Dopędził Polaków i wsiadł z nimi do pociągu. Apolonia Dobrzycka otoczyła go opieką, a inni pomagali tak jak mogli. Chłopcy się zaprzyjaźnili. Po jakimś czasie pan Jan zapomniał, jak się nazywał ten chłopiec. Opisał to w swojej książce „Wstawaj, na Sybir nas…” we fragmencie „Chłopiec spod wagonu” (link). Jan pisał do księży w Białymstoku z prośbą o pomoc w odnalezieniu nazwiska tego chłopca. Nic to nie dało i dlatego w książce pan Jan nazywa chłopca „chłopcem spod wagonu”.

Gdy przesadzono Polaków do nowych wagonów, Jurek i Witek Dobrzyccy oraz trzeci mężczyzna podwiesili tego chłopca pod wagonem nad osią wagonu na trzech wojskowych paskach wymoszczonych kufajką. Podwieszony na tych paskach chłopak przejechał granicę. W Polsce go odczepili. Po przyjeździe do Polski ludzie wybiegli i całowali ziemię. Pan Jan wspomina ten widok jako okropny, mimo że radosny. Pociąg zatrzymał się w Białymstoku na bocznicy w pobliżu białego kościoła św. Rocha. Większość przybyłych nadal siedziała przy torach, aby jechać gdzieś dalej. Po jakimś czasie Jan zauważył idącą w ich kierunku kobietę. Miała na sobie zwiewną sukienkę we fioletowo-niebieskie kwiaty. Szła z dzieckiem, które trzymało ją za rękę. Szukała Poli – cioci Poli. Był z nią ten chłopiec spod wagonu, ale już w ładnych bucikach i dobrze ubrany. Kobieta miała zawiniątko w ręce i przekazała je Poli. Dziękowała cioci Poli za opiekę. Chłopiec spod wagonu przytulał ciocię Polę bardzo mocno i „o mało nie udusił”.

Jan i wiele innych osób czekało na kolejny pociąg. Wsiedli do wagonu osobowego z drewnianymi ławkami. Standard był wysoki jak na warunki, do których przywykli. Po ubraniach było widać, że jadą Sybiracy. Jechali do Grajewa. Nikt nie miał biletów. Konduktor nie robił z tego powodu problemów. Dojechali do Osowca, ludzie wyszli z wagonów. Matka po chwili się dowiedziała, że jest tam furmanką Dębiński ze Szczuczyna, bo przywiózł na pociąg swoją żonę i synową, która wiozła paczkę do więzienia w Białymstoku, gdzie przebywał jej mąż partyzant. Truszkowscy pojechali z Dębińskim. W Szczuczynie zajechali do matki chrzestnej Janka, a siostry jego ojca, cioci Dębińskiej. Cała rodzina wyszła na powitanie. Ciocia wyniosła przed dom dużą miednicę i ciepłą wodę. Najpierw umyła Janka do pasa, a potem myła się reszta. Po chwili przyjechał furmanką kuzyn Eugeniusz Truszkowski i zabrał rodzinę ze sobą. Gdy jechali, po ich stronie z naprzeciwka jechał rowerzysta. Kierował się prosto na wóz jakby miał doprowadzić do zderzenia. Jan odruchowo zeskoczył z wozu, upadł, a rowerzysta natychmiast zeskoczył z roweru. Rzucili się sobie na szyję – był to ojciec pana Jana. Dowiedział się od ludzi, że pociągami wracają Sybiracy. Dębiński, który wiózł rodzinę, też był Sybirakiem, ale wrócił wcześniej od nich. Ojciec pana Jana jechał z nadzieją, że dowie się czegoś nowego o swojej rodzinie.

W domostwie zastał pomocników w gospodarstwie ojca – rodzinę Zaleskich: matkę, oraz dwóch braci: Hansa i Kurta Zaleskich. Byli z Lisów koło Białej Piskiej. W Lisach został ojciec z najstarszą córkę, a matka z dwójką synów poszła do pracy u ojca pana Jana.

Po sąsiedzku mieszkali dziadkowie pana Jana. Zastał tam swoją ciotkę Gienię. Jego dziadek go nie poznał. Dziadek od wnuczka dowiedział się, że jego żona zmarła na Syberii. Janek chorował na świerzb, który leczył maścią siarkową z apteki. Pierwsza noc w domu w śnieżnobiałej, wykrochmalonej pościeli był dla chłopaka wielkim przeżyciem. „Takie to było dziwne, zimne” – wspomina. Nazajutrz poszli do kościoła. Chłopak założył pantofle ojca i wyglądał dość zabawnie („jak Kaczor Donald”). Nie rozumiał mszy po łacinie. Zobaczył Matkę Boską na suficie, a przed ołtarzem zobaczył trzy mocno odchylone deski. W czasie wojny spadła tam bomba, przebiła sufit, spadła przed ołtarzem, ale nie wybuchła. Leżała przez miesiąc.

Podczas edukacji w Polsce okazało się, że w jednej klasie Liceum Przemysłu Drzewnego w Łomży było aż ośmiu (!) Sybiraków. Pan Jan domyślał się tylko, że Ryszard Tymiński jest Sybirakiem. Okazało się, że całe życie pisał wiersze, pisał ich wiele. Pan Jan spisał te wiersze do pliku, ułożył tematycznie i chronologicznie i pomógł mu wydać tę książkę z wierszami pt. Białe krematoria.

Wyd. Towarzystwo Miłośników Rajgrodu


Ryngraf, który wrócił z zesłania

Z zesłania wrócił z Truszkowskimi ryngraf z Matką Boską (na zdjęciu poniżej).

W 1936 roku mama pana Jana była na pielgrzymce w Częstochowie. Przywiozła z niej ryngraf. Podczas wywózki zabrała go ze sobą. Rosjanki wielokrotnie chciały go od niej kupić za wysoką cenę (walutą były różne produkty, nie pieniądze). Matka jednak nie chciała go sprzedać. Darzyła go wyjątkowym sentymentem. „Ten ryngraf nas przeprowadził przez najtrudniejsze momenty syberyjskiej ucieczki” – mówi pan Jan. Ryngraf jest cały czas w rodzinie i pan Jan ma zamiar go przekazać wnukowi Bartusiowi.  

Wybrane publikacje Jana Truszkowskiego

Pan Jan napisał kilka książek, pomagał je też wydawać innym Sybirakom.

Dziękujemy za podzielenie się Pańską historią.

Udostępnij