Wesprzyj Sybirak.pl

Wspomnienia Józefa Biesiadeckiego z nieludzkiej ziemi Sybiru. Lata 1940–1946 (Kazachstan – Ukraina – Polska)

Julia Pisowłocka

Niniejsze opracowanie pani Julii Pisowłodzkiej zostało nagrodzone w kategorii „Wspomnienia” w ramach konkursu „Losy nasze” organizowanego przez Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie w 2018 roku. Jeszcze raz serdecznie gratulujemy!

Józef Biesiadecki

Urodziłem się 31.07.1937 roku w Ożomli Małej, powiat Jaworów, woj. Lwowskie. Imię moje to hołd mego Ojca po śmierci jego Komendanta i Marszałka Rzeczypospolitej. Ojciec mój – legionista, uczestnik wojny bolszewickiej, był oficerem Wojska Polskiego. Urodził się w 1898 roku. Mama z domu Kamińska – córka posiadacza ziemskiego urodzona w 1906 roku w posiadłości Kamińskie. Przodkowie Mamy zamieszkiwali na tych terenach od czasów powrotu przodka spod Wiednia. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy posiadłość ta została zakupiona, czy też za zasługi odniesione pod Wiedniem nadana przez Jana III Sobieskiego. Do tego czasu rodzina zamieszkiwała okolice Kamieńca. Kiedy odpadły te ziemie od Rzeczypospolitej na rzecz Turków – przodkowie porzucili rodzinny dom, bo nie chcieli mieszkać w państwie tureckim.

* * *

Po wybuchu wojny na nasze tereny wkroczyli Niemcy. W naszej miejscowości była kolonia niemiecka niepamiętająca zbyt dobrze języka niemieckiego, ale też jeszcze nie posługiwała się dobrze językiem polskim. Wkraczające wojska urządziły defiladę. Koloniści zjawili się z kwiatami i zaczęli rzucać je na przejeżdżających. Siostra narwała w rowie pokrzyw i też rzuciła – akurat na motocyklistę. Niemiec, myśląc że to kwiat, chciał go złapać, ale szczęśliwie dla niej nie złapał, ponieważ byłby z tego skandal. Znajomi osadnicy przybiegli zaraz do Mamy i poprosili, żeby nie przejawiać aktów niechęci do Niemców, bo to może się źle skończyć. Przypominam sobie samoloty lecące na bombardowanie Lwowa…

* * *

Wkroczenia Rosjan nie pamiętam. Przypominam sobie sam moment, jak przyszli po Ojca. Gdy go zabierali, powiedzieli Mamie, żeby się nie martwiła – zaraz wróci, tylko biorą na „prawierku dokumientów”. Po powrocie z frontu Ojca Mama doradzała mu, żeby uciekł do Rumunii lub na Węgry, ale on nie chciał zostawić Mamy samej w takich ciężkich czasach. Następny kontakt, który sobie przypominam to rok 1940, koniec zimy (noc). Mama mnie obudziła i zaczęła ubierać. Przy drzwiach na krześle siedział czerwonoarmiejec w czapce spiczastej z gwiazdą, karabin z bagnetem między kolanami. Ja spytałem się Mamę, dlaczego budzi – powiedziała mi, że jedziemy po Tatusia. Jak nas wieźli (czym – nie pamiętam), znowu przypominam sobie, jak biegam po peronie na dworcu we Lwowie. Jeszcze na peronach był lód, bo w czasie tej zabawy poślizgnąłem się i rozbiłem sobie brodę. W czasie, gdy Rosjanie kompletowali transport, ludzi zgromadzonych w wagonach pilnowali niedbale. Można było uciec. Według relacji Mamy wiele osób tak zrobiło. Moja Mama miała bardzo bliską rodzinę we Lwowie, która mieszkała naprzeciwko kościoła św. Elżbiety. Była to rodzona siostra mojej babci. Wywodzili się oni z domu ruskiego, z tym, że moja babcia wyszła za dziadka katolika, natomiast ciocia mojej Mamy wyszła za greko-katolika – nazywał się Kostewicz, z wykształcenia był prawnikiem. W tym czasie już nie żył. Mieli trójkę dzieci: najstarszy Włodzimierz ukończył Politechnikę Lwowską, córka Stefania kończyła lub już ukończyła medycynę, najmłodszy Bronisław był gimnazjalistą lub początkującym studentem. Za czasów polskich językiem, którym posługiwali się był język polski. W czasach studenckich Włodzimierz z kolegami przyjeżdżał do mojego dziadka na Kamińskie. W posiadłości dziadka było duże jezioro, więc oni pływali po nim na łódkach. Stefania prawie całe wakacje spędzała u dziadka lub u mojej Mamy. Po prostu sielanka rodzinna. Po wkroczeniu Rosjan i aresztowaniu Ojca, Mama dowiedziała się, że znajduje się On we Lwowie. Pojechała więc do cioci i zwróciła się do nich o pomoc w ratowaniu Ojca. Wówczas Włodzimierz roześmiał się i w języku ruskim powiedział „Halsza teper pryszły nasze czasy, haj sobi posydyt” („Helena – teraz przyszły nasze czasy, niech sobie posiedzi”). Jedynie na to zareagował najmłodszy Bronek, który głową wskazał na brata i palcem puknął się w czoło. Ciocia natomiast odezwała się pojednawczo „Tycho, dity, wy u mene wsi odynakie” (Cicho dzieci, wy wszyscy dla mnie jesteście jednakowi). W tym dniu Mama ostatni raz widziała swoją rodzinę. U schyłku lat 60. w gazecie „Słowo Polskie” ukazał się nekrolog o śmierci cioci i drugi – kondolencje dla pani doktor Stefanii Huk (nazwisko po mężu). O Bronku żadnych późniejszych wiadomości nie posiadam. Włodzimierz prawdopodobnie związał się z ruchem nacjonalistycznym i był groźny nawet dla najbliższej rodziny. Po to opisuję tę historię, bo nawet jeśli byśmy uciekli, to i tak na ich pomoc nie mogliśmy liczyć.

* * *

Pamiętam w wagonie wielki tłok. Ludzie kompletnie mi nieznani – nie wiedziałem, co się dzieje. Chcę nadmienić, że mieszkała z nami moja niania z domu ruskiego (w tej chwili takich ludzi nazywa się Ukraińcami). Miała wówczas 21 lat i zdecydowała się jechać z nami na zsyłkę. Moja Mama sprzeciwiała się temu, mówiła: „Po co jedziesz na poniewierkę? Wszystko, co w domu, jest twoje, my już na pewno tu nie wrócimy, jeżeli w ogóle wrócimy”. Ona powiedziała krótko: „Było nam dobrze razem w Polsce, to będziemy też razem na zsyłce”. Rosjanie też się sprzeciwiali jej decyzji. W końcu postawiła na swoim.

* * *

Samego okresu podróży nie pamiętam, pamiętam tylko ścisk, gwar i obce twarze. Na dworcu we Lwowie staliśmy przez dwa tygodnie i 13 kwietnia rozpoczęliśmy jazdę na Wschód. Według relacji Mamy w maju już byliśmy na miejscu (rozładunku i transportu do miejsc zakwaterowania nie pamiętam). Już przypominam sobie sam moment – zakwaterowali nas w baraku wszystkich razem. W czasie rozmowy z „uprawlajuszczym” (sekretarzem partyjnym) Paczynem, Mama usłyszała wykład o naszym statusie. Powiedział jej: „Wy plenny naród, wy zdies priechali podychat. Ty pajediesz w Polszu kak minie zdzies pierec wyrastiot (wskazał na dłoń). Polszy nikakda nie budiet” („Wy niewolniczy naród. Wyście przyjechali tutaj zdychać. Ty pojedziesz do Polski jak mi pieprz wyrośnie na dłoni. Polski nigdy nie będzie!”). Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej zaczął się pobór do wojska. Powołany został między innymi Paczyn i Kazach – postać bardzo wpływowa w sowchozie Kałdybaj (koniuch). Mieszkał z rodziną przy stajni. Miał syna, który nazywał się Timerkan (po kazachsku „Żelazna Krew”). Od niego nauczyłem się kazachskiego. Bawiliśmy się z nim, bo był to światowiec, często stykał się z białymi ludźmi i przyjaźnił się z nami. Chodziliśmy razem na „buzliki” i „kamysz”. Również „zwiedzaliśmy” pola kołchozowe. W miarę dojrzewania jarzyn odwiedzaliśmy grzędy z ogórkami, pomidorami, marchwią i z ziemniakami, których nie wyrywaliśmy, ale za to wyciągaliśmy po jednym z ziemi, żeby nie zostawić śladu. Paczyn wyjeżdżając na front odgrażał się „Budu germancom strielał w priamo wgłaz” („Będę Niemcom strzelał prosto w oko”). Minął jakiś czas (rok lub półtora), wrócił Paczyn do domu cichy, pokorny, z opaską na lewym oku (bez oka). Po nim wrócił Kałdybaj z nogą zgiętą w kolanie pod kątem 90 stopni, na kulach i Kazachowie witali go entuzjastycznie. Zjechali się z okolicy znajomi Kazachowie. Urządzili wielkie przyjęcie (po kazachsku „biżbarmak”), śpiewy, tańce. Nas też tam ciekawość przygoniła.

Pamiętam rozpromienione ze szczęścia jego trzy żony i na poczekaniu skomponowaną piosenkę:

„Kałdybaj dżakse baj iszuł kat en bar,

Mołdabieg, Irżanał, Sahardżamanau’’

Po polsku to znaczy:

„Kałdybaj – dobry gospodarz trzy żony ma,

Mołdabieg, Irżanał, Sahardżaman” (imiona żon).

Przetłumaczone imię ostatniej damy to „Brzydki Cukier”, imion dwóch pierwszych pań na język polski nie da się przełożyć.

Tuż przed wyjazdem do Polski mama spotkała Paczyna i zapytała się „Kak u tiebia pierec? Rastiot?” (Jak u ciebie pieprz? Rośnie?). Ale to już nie był ten sam butny Paczyn przed pójściem do wojska.

* * *

Każda rodzina dostała kawałek pryczy i słomy do przykrycia desek, żeby mogła wypoczywać. Sowchoz, do którego nas przydzielono według Rosjan, miał specjalizację produkcji mięsa (miasno sowchoz). Zajmował się hodowlą bydła i trzody. Bydło na okres letni było wypędzane na wypas na step od pokazania się traw na wiosnę na stepie do pierwszych przymrozków. W tym czasie ludność sowchozu, która nie brała udziału w wypasie bydła, zajmowała się produkcją warzyw i hodowlą świń. Obory po bydle były puste, więc ludność polską (na ogół kobiety, bo mężczyzn nie było) zagonili do wywożenia obornika z tych obór, i którego były olbrzymie pokłady. Przewodniczący sowchozu rozdzielał obornik na poszczególnych mieszkańców, którzy mogli go poformować na kostki, wysuszyć w słońcu i przygotować na opał na zimę. Po kazachsku nazywał się ten opał „kiziak”. Niania moja i brat załapali się do pracy przy wypasie bydła. To była praca dla prominentów. Być pastuchem znaczyło mieć co jeść i perspektywę na przetrwanie. Rosjanie raczej do tej pracy się nie garnęli, bo nie było ich wielu i już zajmowali stanowiska, które im zapewniały byt. Wypasem zajmowali się głównie Kazachowie.

* * *

Byłem najmłodszym zesłańcem w sowchozie i starsi chłopcy przekazywali sobie mnie z rąk do rąk. Przy tym dawali mi, co chciałem, a ja chciałem być taki jak oni, czyli chciałem palić papierosy. Oczywiście to nie było za darmo. Za każdego papierosa musiałem zaśpiewać. Były to piosenki polskie, dumki ukraińskie, których nauczyłem się od niani, a w końcu zażądali, żebym śpiewał po kazachsku. Do dzisiaj pamiętam fragmenty piosenek…

* * *

Jednego razu bawiliśmy się z bratem i sąsiadkami przed domem. Zobaczyłem starszą Kazaszkę idącą drogą. Mieliśmy wpojone przez Mamę, że wszystkim starszym osobom należy się kłaniać. Ponieważ znałem język, pozdrowiłem ją „Aman kiemper ni kirik?” („Dzień dobry, babciu, dokąd idziesz?”). Ona odpowiedziała: „Aman Karabała kielmende hurt Mintiube Marusia” („Dzień dobry, Czarny Chłopcze, chodź ze mną do hurtu w Mintiube do Marysi” (mojej niani). Poszedłem z nią w step do hurtu. Miałem wówczas około 5 lat. Zostałem tam dwa tygodnie, aż mama po mnie przyjechała. Oczywiście dostałem po powrocie tęgie lanie, ponieważ oddaliłem się bez zgody dorosłych.

* * *

Nazwy poszczególnych pastwisk odnosiły się do rzek, nad którymi leżały. Najdalej od sowchozu (40 km) leżało pastwisko Tabantau, 20 km od sowchozu było Mintiube nad rzeką o tej samej nazwie, a trzecie pastwisko było na terenach przysowchozowych – Łunaczarsk. Nawet o naszym sowchozie powstała piosenka. Nie wiem, czy tą piosenkę, tzw. „czastuszkę”, ułożyli Polacy czy Rosjanie, gdyż duży wkład w kulturę i modę wnieśli właśnie Polacy. Pamiętam „wieczernicę”, na której zjawiła się pani w nocnej koszuli do ziemi, którą kupiła jako suknię wieczorową od którejś z Polek. Ja zachwycałem się jej elegancją, ale mój brat Henryk sprowadził mnie na ziemię, mówiąc mi: „Przecież to nocna koszula”.

Pieśń sowchozowa:

„Łunaczarskaja maszyna jediet zadom napieriod,
Łunaczarskieje diewczata nikto zamuż nie bieriot”

Nawet ja doczekałem się „czastuszki”:

„Oj mamasza, oj papasza ktoto płaczet na riekie,
Józa w bielieńkiej rubaszkie z bałałajuczkoj
w rukie”

* * *

Kazachowie przy stadach koczowali z jurtami i z całymi rodzinami. Były to rodziny wielopokoleniowe. Brat najstarszy miał wówczas 13 lat i musiał już pracować. Powoził wołami. Mama pracowała w sowchozie przy pracach na roli. Nadmieniam, że w tej miejscowości zamieszkiwało więcej Polaków jak Rosjan. Rodziny kazachskie izolowały się w ogóle od społeczeństwa Europejczyków. Mieszkali w swoich ziemiankach.

* * *

Do bardziej humorystycznych wspomnień można zaliczyć to, jak młody Kazach przyszedł do mojej siostry i spytał: „Czy abrieżesz minie kosy?” („Czy obetniesz mi włosy?”). Siostra wzięła wielkie nożyce krawieckie i zaczęła mu ciąć włosy. Po pewnym czasie się znudziła, zmęczyła i powiedziała: „Przyjdź jutro, bo się zmęczyłam”. Kazach podziękował, założył baranicę na głowę i z napoczętymi włosami poszedł do domu. Pamiętam, że do strzyżenia przychodził do nas przez kilka dni i za każdym razem siostra, gdy jej się nudziło, kazała mu przyjść następnego dnia.

* * *

Pamiętam rodziny, które były z nami zesłane: Nowiccy, Sabiniak, rodzina Szklannych, starszy pan Buszydło, Siniciowie oraz Bachmatiukowie. Było wśród nich kilku, którzy już ukończyli gimnazjum, a niektórzy gimnazjaliści. Wyróżniał się wśród nich chłopiec o wzroście ok. 200 cm, zawsze roześmiany, dowcipny i błyskotliwie inteligentny – Kajder, a nazywali go wszyscy „Niunkus”. On doprowadzał władze z sowchozu do rozpaczy swoimi uwagami, powiedzeniami, a czarę goryczy dopełnił przewodniczącemu sowchozu, gdy wszedł do jego biura, roześmiał się od ucha do ucha i powiedział po rusińsku: „Ny korowy, ny swyni, tołko Jóśko na stini” w wolnym przekładzie to znaczy „ani krowy, ani świni, tylko Józek na ścianie” – chodziło o Stalina. Przewodniczący ze strachu zrobił się biały jak papier, nawet nie pomyślał, żeby zameldować do NKWD, tylko ogłosił wszystkim, że to jest człowiek niespełna rozumu i żeby z nim nie rozmawiać (dotyczyło to Rosjan). Ten „niespełna rozumu” człowiek dostał się do Armii Andersa, ukończył kurs pilotażu w Anglii i latał jako pilot.

* * *

Pamiętam zimę, kiedy wybuchła zaraza pryszczycy. Setki krów padły. Padłe ciała wyciągali wołami z obór, zdejmowali skórę i ścierwo porzucali opodal obór. Obfitość padliny spowodowała, że wilki ze stepu przyszły i się tam zadomowiły. W mroźne noce słychać było ich wycie, że aż dreszcz przechodził po plecach.

* * *

Pierwszy okres zsyłki nie był tak tragiczny, gdyż wymieniając odzież czy obuwie, można było zdobyć jedzenie. Z upływem lat i Polacy zaczęli odczuwać brak wszystkiego. Gdzieś w 1943 roku dopiero zaczęła docierać „UNRRA”, która była rozdzielana przez tzw. mężów zaufania. Polacy korzystali z każdej okazji, by ograbić bliźnich. Pani, która była „mężem zaufania” na okoliczne sowchozy i kołchozy potrafiła ograbić większość towarzyszy niedoli z kosztowności. Gdy wracaliśmy do Polski, jechaliśmy w jednym wagonie (strasznie się bała, żeby jej przy kontroli Rosjanie nie zabrali worka z klejnotami). Zbieg okoliczności: byliśmy z bratem ciotecznym w miejscowości Nisko w kawiarni w 1975 roku. Kelnerka przyniosła nam kawę. Gdy stawiała szklanki przed nami, spojrzałem jej na rękę i zobaczyłem złoty pierścionek z czterema brylancikami. Gdy odeszła, powiedziałem do kuzyna: „Zobacz, taki sam pierścionek moja Mama za parę butów amerykańskich musiała dać mężowi zaufania”. Chwilę później od bufetu usłyszałem głos „Pani B. proszona do telefonu” i ta kelnerka poszła do aparatu. Nazwisko, które usłyszałem było te same, jakie nosiła pani „mąż zaufania”. Sądząc po wieku, mogła być to wnuczka tej pani.

* * *

W pewnym momencie naszej zsyłki, zauważyłem, że przy naszym domu zaczyna się kręcić starszy Kazach – nazywał się Kurzachmed. Jego profesją był wypas baranów. Był szczęśliwym mężem czterech żon, ale nie posiadał potomstwa. Prawdopodobnie porozumiał się ze swoimi żonami, że dobrze by było, gdyby odkupił mnie od mamy. Potem dowiedziałem się od niani, że zaoferował za mnie niebotyczną cenę – chciał dać w zamian krowę. Oczywiście ta forma handlu w naszej cywilizacji była nieznana i transakcja nie doszła do skutku.

* * *

Następną nacją, która zasiliła nasz sowchoz (po Polakach) byli Rumuni. Przywieziono ich z Mołdawii i Besarabii. Kontakt z nimi był możliwy, gdyż znali język małoruski. Mieszkając wśród Rosjan i mahometan trzeba stwierdzić, że to byli ludzie uczciwi. Tam nie było zamków przy drzwiach, bo nikt do nikogo nie szedł z niecnym zamiarem. Pilnowanie ziemianek zaczęło się właśnie po przyjeździe Rumunów. Ginęło wszystko w zasięgu ich ręki lub pozostawione bez opieki.

Następnym narodem przesiedlonym byli Czeczeńcy. Pamiętam jak dzisiaj – mężczyzn wysokich jak topole, eleganckich – czapki karakułowe, pasy nabijane srebrem, buty z cholewami. Przywieźli ich u schyłku lata, które i tak trwało krótko. Nie zdążyli się przystosować do nowych warunków. Niewielu ich przetrwało pierwszą zimę. Widziałem dzieci czeczeńskie, jak boso, w śniegu po kolana, biegły na pole wygrzebywać korzenie łopianu. Mam ten widok teraz przed oczami. Z trzech narodów, które przeżyły zsyłkę najlepiej przystosowali się Polacy. W czasie pobytu w tej miejscowości zmarł tylko sędziwy pan Buszydło, który mógł jeszcze pamiętać powstanie styczniowe. Jego syn kapitan Adam Buszydło został zamordowany przez NKWD w Starobielsku.

* * *

Wiosna na stepie nadchodziła gwałtownie. Bezchmurne niebo, słońce, olbrzymie zwały śniegu, które zalegały nad osadą tak grubą warstwą, że spod nich widać było tylko kominy i przekopane tunele służące do komunikacji, zaczynały się gwałtownie topić. Te masy wody spływały w najniżej położone części stepu. Tworzyło się sezonowe jezioro, tzw. liman. Nad brzegami zjawiały się masy ptactwa wodnego. Zakładały gniazda i ludność masowo chodziła nad „liman” i zbierała jajka. Przypominam sobie wiosenny barszcz z pokrzywy z jajkami dzikich kaczek. W miarę jak step wysychał, zaczęła rosnąć trawa, wówczas władze sowchozowe wysyłały ekipy kosiarzy na kosiarkach, które ciągnęły woły. Praca trwała od brzasku do zmierzchu. Trzeba było się spieszyć, bo można było zebrać tylko jeden pokos, wysuszyć, poukładać w sterty i pozostawić aż do zimy. Po wyschnięciu w stepie tworzyły się pękliny, w których mogły sobie woły połamać nogi. Dopiero zwoziło się siano, jak śnieg pokrył step. Warto wspomnieć, że step zakwitał tulipanami w różnych kolorach. To był raj dla dzieci. Grupami szły w step wyrywać cebulki tulipanów i z wielkim apetytem zjadać. Taki wypad nazywał się „Pajdiom kuszat buzliki” („Chodźmy jeść cebulki tulipanów”). Jeśli tutaj było to dla przyjemności, bo smak tych cebulek jest słodki, to nie mogłem za to się przełamać na innej eskapadzie, która polegała na jedzeniu kłączy tataraku. Do dzisiaj czuję w ustach smak obrzydliwej zgniłej wody. Tutaj już nie wchodziła w grę przyjemność – to głód do tego zmuszał. Nazywało się to „Idiom kuszat kamysz”.

* * *

Nie potrafię w tej chwili powiedzieć, w jaki sposób dotarła do nas wiadomość z USA, że mieszkańcy stepów wielce szkodliwe stworzenia, susły, są jadalne. Był to prawdziwy dar boży. W maju przychodziła wiosna i tak, jak susły były spragnione świeżej trawy, tak my susłów. Gdyby nie te Bogu ducha winne stworzenia, też byśmy użyźnili step jak wspomniani Czeczeni. Były dwa sposoby polowania na susły. Zastawianie żelaza, tzw. po kazachsku „kapkan”, lub lanie do nory wody. Drugą rękę trzymało się nad norką i jak suseł wychylał głowę, łapało się za szyję. Ten ruch musiał być błyskawiczny, gdyż jak złapało się susła w połowie ciała, potrafił on wgryźć się w rękę. Jednego razu z bratem oszczędziliśmy malutkiego susła. Brat go tak oswoił, że nie odstępował go ani na krok. Był jakiś czas w domu. Potem wywieźli nas (moich braci, siostrę, nianię, Mamę i młodą Rumunkę Cikę Hrecznik) w step na ogród, gdzie Mama miała pracować. Suseł gdzieś zginął po drodze. Miejscowość ta nazywała się Karabałak. Była to jedna ziemianka w stepie, a ogród był usytuowany na starym cmentarzysku kazachskim. Do dziś czuję lęk przed żmijami, których tam było pełno. Były przypadki, że wpełzały do ziemianki i wygrzewały się na słońcu w wejściu.

* * *

Jesienią 1941 roku i do nas przyszła radosna wieść, że tworzy się Armia Władysława Andersa. Młodzi chłopcy chcieli koniecznie się tam dostać. Ponieważ byli to jedyni mężczyźni, władze niechętnie ich pozbywały się ich z sowchozu. Odbywało się to na zasadzie ucieczki. Podzielili się na dwie grupy. Była to już późna jesień. W pierwszej grupie uciekli: Sabiniak, Szklanny Zdzisław i „Niunkus” Kajder. Trzeba było dostać się do dworca w Aktiubińsku. Wprawdzie mieszkaliśmy bardzo blisko kolei (ok. 40 km), ale późna jesień tam wygląda jak zima w Polsce. Tej grupie udało się dostać do Aktiubińska i wsiąść do pociągu i dojechać do Buzołuku. W drugiej grupie uciekał Zdzisław Nowicki i Janek Szklanny. W stepie złapał ich burian (zadymka śnieżna), w której traci się orientację w terenie. Jechali na saniach ciągniętych przez woły, bo raz w tygodniu jechała karawana do Aktiubińska. Woły instynktownie wjechały na teren rozwalonego tzw. karawansaraju – czyli stacji noclegowej. Od lat to nie funkcjonowało, to były tylko rozwalone mury. Ta zamieć trwała kilka dni, po ustaniu zamieci okazało się, że mają odmrożone nogi i ręce. Furmanom nic się nie stało, bo mieli na nogach walonki. Po przyjeździe do Aktiubińska amputowali im palce u nóg, część palców u rąk, a żołnierze z takimi brakami nie są nikomu potrzebni. Z ustaniem zimy wrócili do sowchozu i do pracy.

* * *

Jak wspomniałem, wśród zesłańców była rodzina Siniciów. Posługiwali się dwoma językami, jak z reguły wszyscy mieszkańcy z terenów wschodnich Rzeczypospolitej. Żeby sobie ulżyć w niedoli, zaczęli wypierać się polskości – wszędzie deklarowali się, że są Ukraińcami, a nie Polakami. Pech chciał, że w czasie akcji orki zepsuł im się traktor. Ktoś powiedział, że to jest sabotaż, a mieli Rosjanie w pamięci przejście armii Własowa na stronę niemiecką, więc dopowiedzieli sobie, że „to sabotaż nacjonalistów ukraińskich”. Byli sądzeni w Magadanie w mieście powiatowym. Zostali osądzeni doraźnie – każdy z nich na 6 lat zsyłki dalej na północ. Pracowali przy spławianiu drewna na Irtyszu. W drodze jakiejś amnestii, po 4 latach, wrócił jeden, drugi tam pozostał na zawsze. Po powrocie żadnych dyskusji narodowościowych nie prowadził. Wrócił jako dobry Polak do Polski.

* * *

Warunki lokalowe. Po spędzeniu jednej zimy w tych barakach, dostaliśmy przydział na pokój w ziemiance, na peryferiach sowchozu. Było to stosunkowo wygodne miejsce, w pobliżu była kuźnia, w której lubiłem przyglądać się pracy kowala. Obok płynęła rzeka Mintiube, a po jej drugiej stronie w ziemiance mieszkał sąsiad – Kazach Abisz. Zabawa z rówieśnikami kazachskimi w ogóle nie wchodziła w grę. Te dzieci były zastraszone, wyizolowane, w ogóle nie garnęły się do dzieci innej rasy. Żadnych kontaktów z nimi nie mieliśmy.

* * *

Z całej rodziny tylko my chorowaliśmy z moim starszym o dwa lata bratem Henrykiem na malarię. Ataki malarii mieliśmy co drugi dzień, akurat wtedy brat leżał w łóżku, a ja bawiłem się na podwórku. W pewnej chwili zauważyłem, że idzie rząd dzieci kazachskich po kładce przez rzekę. Byłem zaskoczony, że naruszają nasz teren. Podbiegłem i zacząłem do nich krzyczeć: „Kiet, kiet akienałze sygin”, co w wolnym przekładzie znaczy „wynoście się” (reszta wyrazów nie nadaje się do tłumaczenia, bo jest obraźliwa). Wybuchła panika, dzieci powpadały do wody, woda była bardzo płytka i nic nikomu się nie stało. Nagle zobaczyłem, że biegnie ich ojciec, żeby się ze mną rozliczyć. Uciekłem do domu. Brat usłyszał mój krzyk, zerwał się z posłania i pomógł mi zamknąć drzwi wejściowe. Nadbiegł Abisz i z rozpędu ciałem zaczął uderzać w drzwi, żeby wyrwać rygiel i policzyć się ze mną. Na jego nieszczęście wróciła od sianokosów moja niania. Szła do domu z widłami. Włączyła się do awantury, teraz z kolei Abisz okrwawiony z rozdartą koszulą uciekł za rzekę. Umył się i poszedł do biura sekretarza poskarżyć się, że go pobiła Polka. Trzeba przyznać, że Rosjanie Kazachów zaliczali raczej do inwentarza, nie traktowali ich jak ludzi, więc sekretarz tylko go zawstydził w obecności mojej niani. „Abisz kakoj z tiebia muszczyna jeśli tiebia żeńszczyna bijot” (Abisz, co z ciebie za mężczyzna, jeżeli kobieta cię bije) i sprawa na tym się skończyła.

* * *

U schyłku lata (roku nie pamiętam) został mianowany nowy naczelnik w naszym sowchozie i musiał dostać mieszkanie. Po zapoznaniu się z sowchozem zdecydował, że będzie mieszkał w naszym mieszkaniu. Mama zapytała: „A gdzie ja mam się podziać z rodziną?”. Dostała odpowiedź: „Popatrz, tam stoi rozwalucha (ruina) – idź i tam zdychaj”. Mama wtedy przekwalifikowała się w murarza. Z darni i gliny wybudowała ściany przy pomocy niani i najstarszego brata Adama. Pokryła dom belkami, sianem i ziemią. Wybudowała kuchnię. Wybudowała coś, co do dzisiaj jest rewelacją na skalę kazachską: puściła dym z kuchni w kominie, który oplatał 3/4 ziemianki i dopiero ujście miał przy końcu ziemianki na dach. Dostało to nazwę leżanka. Na tym się sypiało, grzało zmarznięte nogi, suszyło się mokre rzeczy. Przychodzili Rosjanie i z podziwem kiwali głowami.

* * *

Na ogół Kazachowie języka rosyjskiego nie znali, a jeżeli już się nim posługiwali, to był to język karykaturalny. Chcę opowiedzieć humorystyczne zdarzenie jeszcze sprzed ucieczki chłopców do Andersa. Wracali z pola z tzw. „pieriepołki” (wycinania chwastów w zbożu), w grupie znajdował się mój najstarszy brat. Był najmłodszy i musiał być zawsze pierwszy do wszystkiego, aby zaimponować starszym. W czasie drogi powrotnej wyskoczył pies i zaczął szczekać na całą grupę. Któryś ze starszych powiedział do niego: „Adam, pozwolisz, żeby pies na ciebie szczekał?”. Brat się schylił, podniósł kamień i rzucił w psa. Pech chciał, że trafił, pies uciekł ze skowytem. Wydawało się, że to koniec sprawy. Późnym popołudniem przed ziemianką paliło się ognisko, do którego dorzuca się od czasu do czasu garść zielonej trawy, bo powodowało to powstawanie gryzącego dymu, który odstraszał komary. Zjawiła się grupa Kazachów bardzo zdenerwowanych z tłumaczem, który odezwał się do mamy w te słowa: ,,Sluszaj, Lena Adamowna, twój malcziszka brosił kamieniom w maja sabaka, tri nogi slamał, adna biegajet” („Słuchaj Helena Adamowna, twój chłopiec rzucił kamieniem w mojego psa i trzy nogi złamał – pies na jednej biega). Jak długo żył brat, wspominaliśmy celność jego rzutu.

* * *

W kuchni paliło się trawą zebraną ze stepu. Nie rzucało się tego byle jak, tylko trzeba było zwinąć to w ścisły snopek, bo dłużej się palił i dawał więcej ciepła. Przed nadejściem nocy trzeba było pilnować, żeby w porę w ziemiance zatkać komin, bo jeżeli zatkało się za późno, to rano w wiadrze woda była zamarznięta, jeżeli za wcześnie, można było się zatruć czadem. Pamiętam takie dwa wypadki, że w czasie dnia wszyscy posnęliśmy, podtruliśmy się tlenkiem węgla. Tylko dzięki temu, że mieszkańcy złożyli niezapowiedzianą wizytę, wróciliśmy do grona żyjących. W Rosji nie trzeba było wizyty zapowiadać. Jeżeli przyszedł ktoś znajomy lub nieznajomy, trzeba było okazać gościnność i tak długo, jak on chciał, trzeba było go przyjmować. Przezorność, która powodowała zatykanie komina nie wynikała z tego, że byliśmy piecuchami, tylko z tego, że u nas temperatury -20 stopni nazywało się „padziomka”(przymrozek). Najniższą temperaturą, jaką pamiętam, było -56 stopni.

* * *

Problemy z obuwiem były ogromne. To, co z Polski było zabrane, szybko się zużyło. Nikt nie liczył, że ta niewola będzie tak długo trwała. Wszyscy mówili: „Rok, dwa i będziemy w domu”. Sprawę rozwiązali Rumuni. Jak wspomniałem, po tej epidemii pryszczycy pozostało dużo surowej skóry. Zaczęli oni produkować łapcie – po rumuńsku „postoły”. Obecnie kojarzę to sobie z kierpcami góralskimi. Owijało się nogi szmatami, zakładało się na to kierpce, owijało rzemieniami… i to było obuwie. Zima nie wyglądała jak w naszym klimacie. Jak złapał mróz we wrześniu, to trzymał do maja, śnieg był suchy, zmarznięty i spadał z nóg jak piasek.

* * *

Było lato 1944 roku. Przyszła wiadomość: „Sabierajtiesia, ujeżdżajetie w Polszu” („Pakujcie się, wyjeżdżacie do Polski”). Najśmieszniejszy był pierwszy wyraz, bo co mieliśmy pakować? Opętała nas radość. Ja w tym nic nie widziałem atrakcyjnego, gdyż innego życia nie pamiętałem. Wydawało mi się, że to jest szczyt komfortu, w jakim my żyjemy. Takie sprawy jak kupienie chleba, że jest takie coś, jak cukierki, to były dla mnie rzeczy abstrakcyjne. Podstawiono wóz drabiniasty, zaprzężony w woły i wszyscy zesłańcy ze swoim mieniem załadowali się na ten wóz. Teraz droga na Aktiubińsk na kolej. Podróż zabrała nam dwie doby. Przyjechaliśmy do Aktiubińska, do zajazdu na ulicy Inwalidów 15. Przyjechaliśmy, już były grupy Polaków. Ten zajazd prowadził Tatar. Tatarzy stanowili duży odsetek mieszkańców. Darzyli wielką sympatią Polaków, natomiast Kazach to dla niego podczłowiek. Furman, który jechał wołami, zażądał zapłaty za przewóz, mimo że miał zapłacone za to w sowchozie. Ile kogo było stać, to z radości mu Polacy dali, ale furman się uparł, że chce 600 rubli. Powstały targi, bo Polaków nie było stać na to. Tatarzy przysłuchiwali się temu. Raptem podszedł jeden i powiedział furmanowi: „Jeżeli natychmiast nie wyniesiesz się do siebie, to zabiorą mu to, co dostał, a w zamian dostanie 600 knutów (batów)”. Na tym sprzeczka się skończyła. Ponieważ nie mieliśmy pieniędzy, żeby płacić za hotel, mama wynajęła pokój u Kazachów przy ulicy Aman Gilda 5. Mieszkaliśmy tam około miesiąca i raptem przyszła wiadomość, że wszyscy muszą się przenieść na dworzec, bo będą podstawiane wagony.

* * *

Władze ateistycznego państwa, w swojej perfidii, stworzyły ankietę, która była podaniem o powrót do Polski. Jedna z rubryk pytała o wyznanie. Jeżeli ktoś wpisał inne wyznanie jak rzymskokatolickie, jednoznacznie przekreślał szansę na powrót do Polski. Sowieci wychodzili z założenia, że Polak to tylko katolik. Niania moja była wyznania grekokatolickiego. Pod presją Mamy wpisała „rzymski katolik” i dzięki temu zabiegowi mogła wrócić do Polski. Gdyby napisała prawdę, mogłaby na zawsze pozostać na obczyźnie. Moja niania żyje do dnia dzisiejszego i jest najbliższym członkiem rodziny. Po śmierci Mamy ona jest głową familii. Już trzecie pokolenie Biesiadeckich darzy ją szacunkiem. Mieszka w Polsce i doczekała się wnuków. W chwili obecnej ma 84 lata. Należy wspomnieć, że gdyby nie jej poświęcenie, nigdy byśmy nie wrócili do Polski.

* * *

Przenieśliśmy się na dworzec. Były tam plecionki z wikliny formatu 3 m x 2 m. Stały tego stosy. Polacy porobili z tego namioty. Koczowaliśmy pod nimi kolejny miesiąc. Dano nam amerykańskie konserwy rybne, cukier w kostkach, mleko w puszce, ale chleba nie było. Polacy chodzili na olbrzymi bazar. Sprzedawali ten cukier w kostkach w cenie 1 kostka za 1 rubel, żeby kupić chleba lub mąki. Oprócz tego pod dworzec podjeżdżały samochody i werbowano chętnych do zbierania kartofli. Chętnych było dużo, bo każdy liczył, że kilka kartofli uzbiera dla siebie. Pracowano przy wykopkach niejednokrotnie ok. 20 km od Aktiubińska. Praca trwała cały dzień, a z powrotem trzeba było wracać pieszo. Najczęściej po całym dniu pracy ludzie, wracając do domu, byli tak osłabieni, że kartofle pozostawiali w stepie. Jak ściągnęli wszyscy Polacy z okolic (mój kolega, który mieszka we Wrocławiu, jechał do Aktiubińska z miejscowości Kustunaj oddalonej o ponad 500 km, a to na warunki rosyjskie też nie było daleko).

* * *

W końcu wsiedliśmy do wagonów. Były dwa rodzaje wagonów: podwójne na 80 dusz, pojedyncze na 40 dusz. Różnie mówią: jedni, że wagonów było 80, inni mówią, że 120 (może te podwójne liczą jako pojedyncze). Przypięto dwie lokomotywy (jedną z przodu, drugą z tyłu). Usłyszałem sygnał pierwszej lokomotywy, odpowiedziała druga i pociąg ruszył. Ci, którzy stali przy szarpnięciu, padali na podłogę. Czy to była złośliwość maszynistów czy inaczej nie potrafili, to ich tajemnica. Wtenczas usłyszałem pierwszy raz piosenkę, która się zaczyna:

„Czy przyjdzie nam zginąć – wśród boju,

Czy w tajgach Sybiru nam gnić,

Z trudu ciężkiego i znoju,

Polska powstała, by żyć”.

Pieśń ta była znana Polakom, bo niejednokrotnie byli wśród nas potomkowie zesłańców.

Na początku wszyscy kontrolowali trasę jazdy, czy na pewno jedziemy na zachód, bo po „gościnności” gospodarzy można było się wszystkiego spodziewać. Jazda odbywała się w ten sposób, że jechaliśmy bez przystanku nieraz dzień lub dwa, a był czas, że postawili na boczny tor daleko od osiedli ludzkich i staliśmy kilka dni w oczekiwaniu na dalszą podróż. Jeżeli nie było w pobliżu wody, pragnienie zmuszało ludzi czerpać wodę z zasobnika lokomotywy mimo tego, że była zatruta uzdatniaczami. Tutaj zobaczyłem w czasie przystanków, jak chowali zmarłych ludzi przy torach w czasie transportu. Naprędce wykopany dół, zwłoki owinięte, przysypane, z desek sklecony krzyż. Dalej już tylko sygnał lokomotyw i jazda. Zbliżaliśmy się do terenów, gdzie miały miejsce działania wojenne. Stalingrad – morze ruin, Charków, Rostów, czarny roztoczysty Don, a nad nim na półce skał wapiennych – tor kolejowy.

* * *

Przybyliśmy do Wozniesieńska i okazało się, że to koniec naszej podróży na zachód. Rozdzielili nas na mnóstwo miejscowości. My trafiliśmy do miejscowości Martynowka. Już była zima. Śnieg leżał. Nocowaliśmy na dworcu bez szyb i bez drzwi. Później przetransportowani zostaliśmy na fermę nr 1. Nie pamiętam, jak nazywała się ta miejscowość.

Zgromadzili nas wszystkich w budynku dawnej piekarni, w której Niemcy przed odwrotem urządzili szpital dla chorych na tyfus. Każdy zdawał sobie sprawę z zagrożenia tyfusem, więc swoją przedsiębiorczością starał się zdobyć inny dach nad głową. Naczelnikiem w tej miejscowości była kobieta. Mama powiedziała jej, że jak załatwi nam mieszkanie, to da jej prezent. Mieszkanie zaraz się znalazło, więc przenieśliśmy się tam, a mama zdjęła z palca pozostałą już jej tylko obrączkę ślubną. Przyjęła ją, ale była rozczarowana. Powiedziała Mamie: „Ja dumała, szto pałuczu brezent i paszyju kastium dla muża” („Ja myślałam, że dostanę brezent i uszyję garnitur dla męża”). Trudno, brezentu nie mieliśmy. Mieszkanie składało się z pokoju i kuchni. Po nocy spędzonej na dworcu w Martynowce zachorowałem po raz czwarty na zapalenie płuc, dlatego Mama tak rozpaczliwie szukała mieszkania, aby mieć warunki do opieki. Pierwszą osobą, która natychmiast złożyła nam wizytę, była sąsiadka, miejscowa kobieta. Jej mąż był kierowcą samochodu, nazywał się Iwan Krawec. Mieli jednego syna w moim wieku, nazywał się Kola. Nazywaliśmy tę kobietę Pani Krawcowa. Przyniosła miód Mamie i powiedziała „U was ciężko chore dziecko, może ten miód pomoże”. Dała ten miód bezinteresownie i o żadnej zapłacie nie chciała słyszeć. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z tą rodziną. Przebywaliśmy tam ponad rok i ich syn Kola już zaczął mówić po polsku, bo cały czas przebywał z nami.

W pokoju mieszkaliśmy my, w kuchni Dieduszka Sapożnik (dziadek szewc). Był to były pułkownik armii carskiej, resocjalizowany przez władzę radziecką. Większość czasu spędzał na pijaństwie, w chwilach świadomości robił buty. Pił wszystko –samogon z buraków, kartofli i kukurydzy. Od czasu do czasu, jak w kiosku kołchozowym pokazała się woda kwiatowa w butelkach czworokątnych o pojemności 0,8 l, dziadek kupował te specjały z przeznaczeniem do konsumpcji. Sam byłem świadkiem, jak ubijał szyjkę od butelki, wlewał do naczynia, dolewał wodę (to się robiło mętne jak mleko) i ze smakiem to pił. W trakcie picia gromadce dzieci robił wykład „Odczysawo udikałonu można zagariet nada niemnożko wady dobawit” („Czystych perfum nie można pić, można się poparzyć, trzeba trochę dodać wody”). Tę instrukcję do dziś pamiętam.

Niania załapała się do pracy w kuchni kołchozowej. To była wspaniała fucha. Zawsze potrafiła zorganizować coś do jedzenia. W 1945 roku (pamiętam to dokładnie) w czasie święta „Oktiabrskoj” (rocznica rewolucji październikowej) dostałem od niani kawałek mięsa wieprzowego. Tego gatunku mięso jadłem pierwszy raz w życiu. W Kazachstanie, jeżeli jadłem jakieś mięso, to najczęściej były to susły, czasem jak wół czy koń łamał nogę lub udawało się od Kazacha kupić kawałek baraniny. W sowchozie hodowano świnie, ale one gdzieś znikały – mięsa z nich nikt nie widział. Kazachowie jako Mahometanie mięsa świńskiego nie jedli. Wieprzowina i każde mięso zabronione im przez religię nazywali „itmachan” (psie mięso). Mój żołądek nie wytrzymał tego eksperymentu. Następny raz wieprzowe mięso zjadłem w 1957 roku w wojsku, ale też sobie w duchu mówiłem „syn żajse itmachan” (ty jesz psie mięso).

* * *

Od mieszkańców dowiedzieliśmy się, że na polach kołchozowych leżą kaczany niezebranej kukurydzy. Gospodarzy kołchozu śnieg zaskoczył i plony zostały na polu. Nikt z mieszkańców tej wioski nie odważył się pójść zbierać dobra kołchozowego, bo za to groził kryminał lub zsyłka. Natomiast Polaków, którzy przymierali głodem, nic nie mogło powstrzymać. Zaczęły się wędrówki na pola i znoszenie kaczanów do domów. Wydawało się, że już byliśmy w „ziemi obiecanej”, bo było co jeść. Władze przymknęły oczy na nasze poczynania, ale zemścił się na nas pobyt w tym poniemieckim szpitalu – tyfus zaatakował. Pierwsza zachorowała Mama, przechodziła bardzo ciężko chorobę, więc felczerka – wspaniała kobieta skierowała Mamę do szpitala do Wozniesieńska. Wkrótce zaczęliśmy chorować wszyscy po kolei. Na drzwiach naszego mieszkania napisano kredą: „Tif karantin wchód i wychod zaprieszczony” („Tyfus kwarantanna, wchodzenie i wychodzenie zabronione”). Mieszkańcy tym się nie przejmowali, bo oni już tyfus przeszli za czasów Niemców, a po chorobie człowiek jest uodporniony. Po przebytej chorobie w zasadzie został mi tylko ubytek słuchu w lewym uchu.

* * *

Naszymi sąsiadami byli państwo Potyliccy – rodzina trzypokoleniowa i dwaj chłopcy, Stachu i Józek Ożóg. Ich matka zmarła na Syberii, a ojciec major został zamordowany w Ostaszkowie. Po śmierci matki chcieli ich wziąć do „died domu” (domu dziecka). Oni się nie zgodzili, Józek zaczął pracować i był dla młodszego brata ojcem i matką, i sami „pchali się” do Polski. Jak pamiętam, Józek był furmanem w kołchozie, a Stanisław był gońcem w kołchozie i był skłócony z wszystkimi chłopcami we wsi. Gromadnie napadali na niego, żeby go pobić. Nieraz do domu wracał późną nocą, by nie wpaść w ręce prześladowców. Pamiętam Wigilię z 1944/1945 roku. Leżeliśmy chorzy na tyfus, oni przyszli, złożyli życzenia i zamiast opłatka przynieśli ugotowaną fasolę w misce. Te święta najbardziej utkwiły mi w pamięci.

* * *

W 1945 roku zaistniała możliwość wyjazdu do Polski tych, którzy otrzymali zaproszenie od rodziny. Oni odnaleźli w jakiś sposób rodzinę w Polsce i wyjechali wcześniej. Już z nimi później się nie spotkałem. Natomiast prasa w latach 50. pisała o sukcesach Staśka Ożoga na bieżni (biegał na 5 i 10 km) razem z Zimnym i Krzyszkowiakiem. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że był na olimpiadzie w Rzymie. Później usłyszałem go w radiu, jak udzielał rad swojemu wychowankowi – biegaczowi na 1500 m Szordykowskiemu w Meksyku. Kilku rodzinom udało się wcześniej wyjechać do Polski. Już wcześniej dowiedzieliśmy się, że nasze rodzinne strony odpadły znowu od Rzeczypospolitej. Nie mieliśmy do kogo wracać i do kogo pisać o zaproszenie.

* * *

Kończyły się nieszczęścia Polaków, a zaczynały się nieszczęścia Ukraińców. W naszej miejscowości, jak i w wielu innych, był punkt, gdzie przywozili Ukraińców wysiedlonych z tzw. „zapadniej Ukrainy” (Małopolski wschodniej). Przyjeżdżali zasobni gospodarze ze stadami krów, jakich nigdy na Syberii nie widziałem (czarne łaciate), konie potężne, lśniące. Przebywali w naszej miejscowości bardzo krótko. Zabierano im inwentarz i sprzęty do kołchozów, a ich wsadzano na pociąg i wysyłano na daleki Wschód.

Zaczynali płacić za to, że niejednokrotnie z kwiatami witali Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku. Tam właśnie zobaczyłem olbrzymie stada bydła i koni pędzonych przez żołnierzy sowieckich z południowego zachodu. Woły były białe o długich prostych rogach, bawoły z rogami zakręconymi. Byli wśród nas fachowcy i na podstawie tych stad potrafili określić, gdzie aktualnie Armia Czerwona się znajduje.

* * *

Musieliśmy czekać na ogólną repatriację. W końcu przyszła nasza kolej. Znowu usłyszeliśmy: „Sabierajtiesia, ujeżdżajtie w Polszu”. I tym razem Amerykanie zaopatrzyli nas na podróż. Konserwy – „swinnaja tuszonka” z drobnym napisem u dołu, że pochodzi z Chicago, chleb tak biały, że trudno go sobie wyobrazić, olbrzymie koła sera szwajcarskiego, masło, cukier – dosłownie inny świat. Podstawili samochód ZIS-5, zapakowali kilka rodzin i w drogę do Wozniesieńska. Po drodze musieliśmy forsować rzekę Boh. Na tej rzece nie było mostu stałego, był za to pontonowy, który na zimę demontowano. Rzeka była skuta lodem. Żeby odciążyć samochód, wszyscy musieli zejść i iść piechotą po lodzie. Ulokowali nas w sali sportowej i w klasach szkoły. To był inny świat w porównaniu z warunkami kołchozowymi. Duże okna, szczelne, zamykające się drzwi, podłogi. Tam czekaliśmy, aż zjadą się Polacy ze wszystkich stron. Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało – tydzień, dwa czy miesiąc – jak człowiek nie jest głodny, to czas szybciej leci.

* * *

W końcu znaleźliśmy się w wagonach i czekaliśmy na odjazd. Raptem przyszła wiadomość, że wiozą nas z powrotem na Sybir. Trudno było sobie wyobrazić rozpacz, jaka zapanowała wśród nas. Od czasu jak pociąg ruszył, ludzie patrzyli czy pociąg jedzie na wschód, czy też na Kijów – na szczęście jechał na Kijów. Minęliśmy Dniepr i czuliśmy już wiatr z Polski. Z upływem czasu i kilometrów wjechaliśmy na ziemie polskie, ale już nie nasze. Policzono nas i przed Lwowem zadrutowano wagony i przejechaliśmy przez dworzec towarowy w kierunku Przemyśla. Na granicy otwarto wagony, jeszcze raz policzono jak inwentarz – ale zrobiono to już w towarzystwie polskich żołnierzy. Chwila jazdy i Przemyśl. Na dworcu tłum Polaków. Poszukiwali rodzin. Tutaj pierwszy raz zjedliśmy polski chleb i śledzie solone. Smakowały wyjątkowo – były polskie. Oprócz jedzenia, które dostaliśmy, wkroczyła grupa sanitarna z pompką o długiej końcówce i każdemu pasażerowi wkładano ją za kołnierz. Pan pociskał za tłok i wdmuchiwał biały proszek, który miał za cel zniszczyć jedyny dorobek jaki wieźliśmy z Rosji – wszy.

Potem na każdym dworcu, na którym zatrzymaliśmy się, tłumy Polaków wywoływały swoje rodziny, jeżeli taki się znalazł, zostawał, a reszta jechała na zachód.

W końcu stacja Katowice Mikulczyce. Na peronie ogromna ilość Polaków i sterty paczek UNRRA. Paczkę dostawał każdy niezależnie od wieku. W tych prezentach były takie rzeczy, że większość z nas nie wiedziała, co posiada. Staliśmy tam (dzień czy dwa) i przyszła wiadomość: „Przesiadać się do innego pociągu”. Przesiedliśmy się, władze nas powiadomiły, że jedziemy na Ziemie Odzyskane. Tutaj pierwszy raz zobaczyliśmy, że może pociąg ruszyć i nie zwalić wszystkich z nóg. Wtenczas usłyszałem z ust rodaków z dumą wypowiadane słowa „To polscy kolejarze”. Teraz jak się słyszy zachwyt, to nad czymś, co jest niemieckie lub amerykańskie.

* * *

Pojechaliśmy do Wrocławia. Na Dolnym Śląsku zobaczyliśmy tereny zdewastowane przez wojnę. Przyjechaliśmy na dworzec Nadodrze. Morze gruzów. Budynki – tylko wypalone ściany, fragmenty podłóg, na nich jakieś szczątki mebli, jakieś obrazy, krzyże. Nie mogłem sobie nigdy wyobrazić, że mogą istnieć takie cuda architektury. Wprawdzie były zniszczone, ale robiły wrażenie. Przewieźli nas samochodami do PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny), który znajdował się w szkole przy Paulinów 14. Ja byłem przerażony, bo dowiedziałem się, że mamy mieszkać w klasie nr 24 (na drugim piętrze), bo starsi bracia zażartowali, jak się ich spytałem, jak tam będziemy wchodzić, oni odpowiedzieli mi, że po drabinie przez okno. Ja wychowany na stepie lękałem się wysokości. Długo mama musiała mnie przekonywać, żebym się nie bał, że bracia zażartowali. Jak zobaczyłem szerokie, wygodne schody, byłem nimi oczarowany i dużo czasu spędzałem na spacerach do góry i na dół. Dużo odkryć dokonałem w tej szkole: że woda „cieknie ze ściany” (kran), toalety, które wzbudzały zachwyt i prysznice w piwnicy, pod którymi można się do woli kąpać. Był to 13 marca 1946 roku. Piękny, słoneczny dzień, ani śladu śniegu – dla mnie to było lato. Wyszliśmy na miasto boso i ludzie zaczęli nas wytykać palcami i wołać, że „Cyganie przyjechali”. Dla nas to było niezrozumiałe, pomijając to, że nie mieliśmy obuwia. W PUR, w porównaniu z Syberią, jeśli chodzi o wyżywienie, jedliśmy posiłki trzy razy dziennie i do tego za darmo. Nawet ja zdawałem sobie sprawę, że to jest nie w porządku i za to trzeba będzie zapłacić. Dziwiłem się, że nikt nie żąda za to pieniędzy. Zaczęły nas dotykać nieznane przez nas choroby (odra i świnka – niezależnie od wieku). Po wyjściu do miasta zaczęliśmy oglądać wystawy sklepowe. Leżał na nich chleb, mięso, wędliny, słodycze – w pierwszej chwili myślałem, że to są atrapy, bo taki pomysł podsuwali mi bracia. Wrocław był ogromnym gruzowiskiem, na gruzach krzyże i fetor rozkładających się ciał. Były ulice, że szło się tylko ścieżką środkiem, a naokoło były hałdy kamieni i cegieł.

* * *

W maju skierowano nas zesłańców do Janowic Wielkich do domu dziecka. Nazwa tego brzmiała: Dom Dziecka i Matki Pracującej Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej. Chciano nas tam ucywilizować. Byli wśród nas tacy, którzy nie znali języka polskiego. U nas w rodzinie była zasada, jak bawiliśmy się z Rosjanami lub jeżeli rozmawiałem z Rosjaninem, to po rosyjsku, ale do brata musiałem się zwracać w języku polskim. Mama zawsze mówiła, że jeżeli nie będziemy tej zasady przestrzegać, to się wynarodowimy. Po powrocie do Polski nie mieliśmy kłopotów z językiem.

W Janowicach Wielkich – tutaj przeżyłem kolejny szok. Pięć posiłków dziennie (to graniczyło z obłędem), każdy miał swoje łóżko, białą pościel, czystą, zmienianą co 2 tygodnie. Zaczęła obowiązywać dyscyplina, której my nie znaliśmy na stepie. Tam żyliśmy według schematu, żeby przeżyć za wszelką cenę, tutaj musieliśmy żyć według regulaminu. Wszystko na godzinę. Najgorszym nieszczęściem było leżakowanie po obiedzie. Raz zbuntowaliśmy się i uciekliśmy do lasu, ale to był tylko jeden jedyny raz. Restrykcje były tak nieprzyjemne, że musieliśmy ugiąć karku.

Następnym „nieszczęściem” była szkoła. Trzeba było codziennie mozolnie chodzić do szkoły i wytrzymać w ławce kilka godzin. Wytchnieniem było, gdy nauczyciel za złe zachowanie wyrzucił za drzwi. Tego kursu cywilizacyjnego mieliśmy trzy lata. W ciągu tych trzech lat, przy końcu ferii zimowych w roku 1948, spalił się budynek szkoły. O dwa tygodnie przedłużyło to ferie. W starych budynkach, które kiedyś zajmował CARITAS, tymczasowo urządzono nową szkołę.

Muszę nadmienić, że w Janowicach po raz pierwszy zetknąłem się z Kościołem i ze sługami bożymi. Proboszczem parafii i nauczycielem religii był ksiądz Jan Matwiejczyk. Po lekcjach nauka przed pierwszą komunią, odbywała się na cmentarzu koło kościoła (jak była pogoda), a w razie niepogody w kościele. Ksiądz dobrodziej wyznawał zasadę „święta rózga, co bije”. W szkole smagał po plecach i bił w łapy z wielkim upodobaniem i miałem pecha, że zażądał ode mnie, żebym wyrecytował z pamięci 5 przykazań kościelnych. Ja wówczas mógłbym mu powiedzieć, jak się łowi susły, jak zdobyć pożywienie na stepie, ale nie potrafiłem zaspokoić jego ciekawości. On złapał do ręki gałąź brzozową bez liści i zaczął smagać po nogach. Odwróciłem się i poszedłem. Wyleczył mnie całkowicie z szacunku do sutanny. Pocieszam się, że jak powiedział ustami Gerwazego Mickiewicz że „łotr po same wąsy w piekle siedzi”. W tym roku już na naukę religii nie poszedłem. Mama ze swojej strony też co nieco dorzuciła, bo sprawozdanie, jakie dostała dalece mijało się z prawdą i znowu dostałem w skórę – tym razem od mamy.

Rozwiązano dom dziecka. Uznano, że jesteśmy zdolni żyć w społeczeństwie i wyjechaliśmy do Jeleniej Góry. Tam zamieszkaliśmy na swoim, przy ulicy Kasprowicza 7/3m. Pokończyliśmy szkoły podstawowe, średnie. Siostra i brat poszli na studia do Wrocławia. Najstarszy brat do wojska w 1952 roku do Batalionów Roboczych. Następny brat został wyrzucony ze studium wojskowego, gdyż władze nie mogły sobie wyobrazić, że syn sanacyjnego oficera może zostać oficerem Ludowego Wojska Polskiego. Kolejny brat 2 lata odsłużył w kopalni „Wujek” w Katowicach, oczywiście w mundurze wojskowym. Ja z niecierpliwością czekałem poboru do wojska. Moim marzeniem było zostać żołnierzem jak mój tato. Trafiłem do jednostki w 1957 roku po (rozwiązaniu karnych jednostek), która po 1956 już karną nie była. Władza Ludowa nigdy nam nie zapomniała, że jesteśmy ludźmi „gorszego gatunku” – my mieliśmy podobne zdanie o przywódcach Władzy Ludowej.

* * *

Bez ubiegania się o ten „zaszczyt”, dwukrotnie, „dobrowolnie” zostaliśmy obywatelami sowieckimi. Odmowa podpisania zgody skończyłaby się zsyłką do obozów karnych. Pierwszy raz dostąpiliśmy tego zaszczytu, jak nas wywieźli do Kazachstanu. Amnestia objęła nas z chwilą, gdy rząd Sikorskiego nawiązał stosunki z Rosją. Ponownie pozbawiono nas obywatelstwa polskiego, gdy generał Władysław Anders wyszedł z wojskiem do Iranu. Staliśmy się znów Polakami, gdy powstał Związek Patriotów Polskich i zaczęła się tworzyć armia generała Zygmunta Berlinga. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego zbrodniarze udzielali amnestii swoim ofiarom.

* * *            

Wśród moich kolegów byli tacy, których ojcowie wyrwali się z obozów pracy i trafili do armii Andersa i po zakończeniu wojny zaczęli szukać rodzin. Również moja Mama zaczęła poszukiwać ojca przez PCK i inne powołane w tym celu instytucje, jednak szybko władza ludowa wybiła jej to z głowy. Nasz dom odwiedzili panowie w płaszczach i zapowiedzieli, że jeśli nie zaprzestanie poszukiwań, „rodzina ponownie zostanie zesłana tam, skąd niedawno wróciła”.

W lutym 1947 roku przyszła wiadomość na adres brata Ojca w Kolbuszowej Dolnej 160. List był złożony w trójkąt – znany mi sposób przesyłania korespondencji w CCCP (ZSRR). Anonimowy nadawca informuje w nim, że ppor. Stanisław Biesiadecki znajduje się w obozie w Stalinogorsku.


List przesłany w lutym 1947 roku z informacją o pobycie ppor. S. Biesiadeckiego
w obozie w Stalinogorsku

W dokumentach Ośrodka „Karta” sygnatura IV/W186/7/185[55/1-4 jest napisane, że Biesiadecki Stanisław s. Piotra ur. 1898 został zamordowany na Ukrainie w 1940 roku. Niezrozumiałe jest dla mnie skąd w takim razie jest ślad stalinogorski z 1947 roku (7 lat po zamordowaniu?).

Printscreen ze strony www.indeksrepresjonowanych.pl

Po 1956 roku Mama wznowiła poszukiwania. Kopia odpowiedzi z PCK:

Po śmierci Mamy ja zacząłem szukać śladów Ojca. Wysłałem pismo do Rosyjskiego Czerwonego Krzyża i Półksiężyca. Oto odpowiedź:

Po obejrzeniu tego pisma doszedłem do wniosku, że przez ponad rok sowieci zastanawiali się, co z nami zrobić, czy wymordować, czy pozwolić żyć. Zesłali nas w 1940 roku, a w piśmie potwierdzają, że przebywaliśmy tam od 1941 roku.

Przełom roku 1989, a w szczególności powstanie Związku Sybiraków, pozwolił na ponowne zajęcie się sprawą i kontynuowanie poszukiwań. W tym celu próbowałem uzyskać informacje z Ambasady RP w Moskwie, jednak ponownie bez rezultatu.

Dzięki Związkowi Sybiraków zdałem sobie sprawę, ilu ludzi jest w podobnej sytuacji jak moja. Nawiązałem kontakt z wieloma ludźmi, którzy starali się pomóc w poszukiwaniach, lecz niestety bezskutecznie. Wielokrotnie sam informowałem innych ludzi o losach ich bliskich.

Informacja o okolicznościach śmierci Franciszka Buszydły (osoba występuje w tekście)

Mam nadzieję, że moje dzieci i wnuki będą miały w przyszłości możliwość zbadania losów mojego ojca i postawienia symbolicznego znicza na jego mogile.

Skan kopii periodyku Związku Sybiraków. Dział „Skrzynka poszukiwań”

Giżycko, luty 2002 rok

Od autorki pracy

Na wspomnienia Józefa Biesiadeckiego z Sybiru trafiłam nieprzypadkowo. Historię tę przekazał mi ojczym, który te luźne fragmenty wspomnień spisał w jednym miejscu. Przekaz ten nigdy nie doczekał się korekty, w związku z tym postanowiłam wziąć ją w swoje ręce i przygotować do obecnej formy. Poznałam już wiele historii z okresu wojny i okupacji, lecz każda z nich była opowiedziana z perspektywy osoby dorosłej. Natomiast ta urzekła mnie tym, że jest opowiadana z punktu widzenia dziecka w wieku 3–9 lat.

Józef Biesiadecki zmarł w 2007 roku, kilka miesięcy przed śmiercią otrzymał sygnowany przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyż Zesłańców Sybiru.

Do dzisiaj trwają poszukiwania miejsca pochówku ppor. Stanisława Biesiadeckiego, kontynuuje je syn Józefa – Konrad.

Julia Pisowłocka, Giżycko 2018

Klasa 8b, Szkoła Podstawowa nr 2 im. Chwały Oręża Polskiego w Giżycku

Udostępnij