Wesprzyj Sybirak.pl

Może z zaświata dowiemy się, co nas czeka. Zofia Źrebiec z d. Dobaj

Ze wspomnień opracowanych w 2016 r. przez Annę Piechowską z domu Dobaj, we współpracy z siostrą Zofią Źrebiec z d. Dobaj. Materiał zredagowany z rękopisu z 2016 r., w konsultacji z siostrą Zofią Źrebiec.

Zebrała i opracowała Krystyna Jarosz

„Przymusowa podróż na Syberię rozpoczęła się nocą w listopadzie 1939 roku. Wymarzony powrót do kraju latem 1945 roku.

Kiedy skończyła się I wojna światowa, zwycięstwem Józefa Piłsudskiego nadano ziemie na Kresach Wschodnich wojskowym, którzy walczyli na tych terenach. Tatuś był osadnikiem wojskowym. Był wielkim patriotą. Nie dane mu było spocząć w ziemi ojczystej. Został pochowany w lasach Syberii.

Józef Dobaj jako legionista, wachmistrz w pułku ułanów krechowieckich, lata 20. XX w.

Tej nocy nasz pies wierny przeraźliwie wył. Widocznie wyczuwał jakieś nieszczęście… Rodzice byli zaniepokojeni. Po północy usłyszeliśmy łomot do drzwi, weszło dwóch żołnierzy. Kazali obudzić dzieci. Ustawili nas pod ścianą. Żołnierz wyjął kartkę i przeczytał: Dobaj Józef, Andrzej, Waleria, Zdzisław, Maria, Zofia, Anna. Dali rodzicom godzinę czasu na spakowanie. Wyprowadzili nas przed dom. Na drodze stały sanie zaprzęgnięte w parę koni. Było ciemno i zimno, prószył śnieg. Rodzice złożyli walizki, worki z rzeczami na saniach. Usadowiliśmy się ciasno na tobołkach z pościelą i odjechaliśmy. Nasz pies długo biegł za saniami. Potem zniknął nam z oczu. Widocznie nie starczyło mu sił biec dalej.

Przywieźli nas na stację w Kotłasie i tam czekaliśmy, w poczekalni były tłumy ludzi – Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Na stacji stał długi łańcuch bydlęcych wagonów bez parowozu. Załadowano nas; dowozili ludzi i upychali w wagony. Podstawili parowóz, pociąg ruszył, biegł leniwie. Postoje na stacjach były długie. Ludzie zastanawiali się, dokąd nas wiozą, co nas czeka, rozlokowaliśmy się na pryczach. Było tłoczno. Zrobiono prymitywny klozet z koca wokół dziury w podłodze. W oznaczonym czasie dostarczono nam dwa wiadra zimnej wody i dwa wiadra wrzątku, który miał smak pomyj, mimo to ludzie toczyli boje o nie. Jechaliśmy w nieznane. Na jednej ze stacji nagle otworzyły się drzwi wagonu, stojący w nich żołnierz krzyknął „Pajdiom za obiedom” (pójdziemy po obiad). „Prygatowit dwa wiadra, tri człowieka, odin meszok” (przygotować dwa wiadra troje ludzi, jeden worek). Ktoś krzyknął „nareszcie zupa, chleb”. Przeważnie była to kasza jaglana lub jęczmienna rozgotowana, okraszona olejem. Wszyscy chcieli wyjść, dotknąć zdrętwiałymi nogami ziemi. Jednym ruchem żołnierz zatrzasnął drzwi „Paradka niet, nie budiet kuszat” (porządku nie ma, nie będzie jedzenia).

Zupę dostawaliśmy co drugi, czasem co trzeci dzień, i razowy chleb. Ludzie po drodze umierali. Na stacjach wynoszono zwłoki i zostawiano przy torach. Pochówku nie było, pociąg odjeżdżał. Po drodze spotykaliśmy na stacjach inne pociągi z Polakami. Pozdrawiali nas ze smutkiem w oczach – do widzenia na Syberii, trzymajcie się, nie dajcie się wszom.

Pragnienie, głód i wszy dokuczały coraz bardziej. Jechaliśmy lasami, stacje rozsiane, rzadko co sto lub dwieście kilometrów zdarzały się stacyjki, obok których nie było nawet jednego budynku, mieszkalnego domu. Nie dostawaliśmy już ani zup, ani wody. Strach przed głodem i mrozem, wszystko to zwróciło ludzi do modlitwy. Modlili się wierzący i niewierzący.

Byliśmy na miejscu, pod wieczór. Żołnierz otworzył szeroko drzwi wagonu i oznajmił – władze wojskowe przekazują was władzom cywilnym „Wychodite!” (Wychodźcie!). Nie było to łatwe, nogi skurczone przez całą drogę trudno było rozprostować. Za nami tysiące kilometrów, przed nami las, kilkanaście baraków.

Baraki wybudowane były z belek, a szpary upychane mchem. W następnym dniu wszyscy dorośli poszli do pracy w lesie. Praca w lesie polegała na wycince drzew, okorowaniu i spławiano rzeką. W barakach zostały dzieci, starcy i chorzy. Tatuś był chory. Dorośli pracowali od świtu do późna. W barakach było zimno. Z siostrą Zosią brałyśmy siekierę i szłyśmy do lasu po drzewo. W lesie było dużo małych „kschnie”, tych drzewek „sucho stos”. Wbijałyśmy siekierę w pień i ciągnęłyśmy po śniegu do baraku. Jednego razu zamiast w pień trafiłam siekierą w nogę. Nogi miałam tak zmarznięte, że nie czułam bólu. Dopiero jak przyszłam do baraku, miałam pełno krwi w bucie. Po roku tatuś zmarł. Na pogrzebie tatusia nie byłyśmy z siostrą Zosią. Nie miałyśmy butów – wyrosłyśmy, były już za małe, a nowych nie było za co kupić.

W sezonie letnim chodziliśmy na jagody i sprzedawaliśmy w sklepie. Na posiołku sklepu nie było, trzeba było iść kilkanaście kilometrów przez las do miejscowości, gdzie był sklep z obuwiem. Chodziło się też wymieniać ręczniki, odzież, pościel za żywność. W dniu pogrzebu tatusia siedziałyśmy ja i Zosia przy zamarzniętym okienku, chuchałyśmy na zamarzniętą szybkę. Odchuchałyśmy dwa małe kółeczka, przez które widziałyśmy, jak wynoszono trumnę. Trudno to było nazwać trumną – skrzynia zbita z desek. Mamusia pisała listy do Polski, do rodziny. Ciocia przesyłała nam parę razy paczki z żywnością, mąką, kaszą, cukrem, solą, słoniną, mydłem. Paczki od rodziny ratowały nas częściowo w najkrytyczniejszych momentach, ale nie zabezpieczały przed mrozem i nie rozwiązywały sprawy codziennego chleba.

Ludzie byli zdesperowani. Byliśmy odcięci od całego świata, znikąd żadnej wiadomości. Postanowili wywoływać duchy. Może z zaświata dowiemy się, co nas czeka. Potrzebny był stół bez gwoździ i porcelanowy talerzyk. Mężczyźni zmontowali stół, ktoś miał porcelanowy talerzyk. Na stole w różnych miejscach były wypisane pytania. Uczestnicy seansu siedzieli wokół stołu z wyciągniętymi rękami nad talerzykiem. Podobno pod wpływem ciepła rąk talerzy przesuwał się w kierunku napisów. Myślę, że niczego się nie dowiedzieli.

W drugim roku naszego pobytu na Syberii tamtejsze władze zorganizowały choinkę dla dzieci. Dostaliśmy pszenny chleb, herbatę i po parę cukierków. Nauczyły nas panie piosenki na tę okazję: „Zawtra utrom woskresienie, mam bułok napieczot, pomaże, pokaże, a pokuszat nie dajot”  (Jutro święta, mama bułek napiecze, pokaże, ale nie pozwoli jeść”.

Tak wegetowaliśmy przez dwa lata. Po dwóch latach pozwolono nam opuścić Syberię. Do Polski wracać nie mogliśmy, trwała wojna. Transportu też nam nie dano. Stryjek z bratem zbili sanki. Resztę rzeczy, które nam zostały, załadowali na sanki. Mężczyźni ciągnęli sanki, a my z mamusią szłyśmy. Śnieg był tak wysoki, że mnie i cioci nogi zapadały się po kolana. Z trudem wyciągaliśmy nogi ze śniegu. Od tego wysiłku porobiły się nam bolące guzy w pachwinach i nie mogliśmy iść dalej. Sadzali nas na zmianę na sanki. Po drodze w jednej miejscowości zatrzymano nas. Potrzebowali mężczyzn do przeprowadzenia omłotów. Stryjek z bratem mieli wymłócić zboże. Mamusię zatrudnili na ten czas w piekarni. Jednego dnia z ciocią wybraliśmy się do mamusi po chleb. Szłyśmy pustym polem, ani jednego zabudowania, ani żywej duszy, i my dwie małe istoty na tym pustym polu. Naprzeciw biegły dwa wielkie psy. Stanęłyśmy, nie było gdzie uciekać. Psy przybiegły do nas. Jedna z nas miała parę ziaren grochu w kieszeni. Rzucałyśmy ten groch daleko od siebie. Psy szły za rzucanym grochem i poszły sobie… Po zakończonej pracy ruszyliśmy w dalszą drogę. Z trudem dotarliśmy do stacji, znowu jechaliśmy w nieznane.

Kiedy dojechaliśmy do Uzbekistanu, stryjek i inni mężczyźni poszli z Armią Andersa na front. Zostały kobiety z dziećmi, zostaliśmy w kołchozie. Miejscowość była niewielka, z rzadka rozsiane domki gliniane bez ogrodzeń, wąskie udeptane ścieżki. Przydzielono nam taką lepiankę. Stara, odrapana lepianka, kryta gliną bez podłogi, bez drzwi i okien; dwa małe otworki bez szyb zamiast okien. Nie było na czym spać, ani jednego sprzętu. Rzeczy złożyłyśmy na ziemi pod ścianą, otwór wyjściowy zawiesiłyśmy kocem.

Mamusia pracowała w kołchozie, była to ciężka praca. Przeważnie pracowały kobiety. Po zaoraniu pola traktorem, tworzyły się wielkie bryły. Kobiety musiały je rozbijać ciężkimi „kitmieniami”. Brat pracował jako pomoc przy naprawie maszyn rolniczych. Dostawaliśmy po 100 g chleba na osobę. Dziewczęta, które wydawały chleb na kartki, czasem przychodziły do warsztatu i pytały brata: „Wieczysław, ty nie pałuczoł siewodnia chleba”, ale brat uczciwie odpowiadał – brałem. „Jak my mówimy, żeś nie brał to nie zaprzeczaj. Czasem nam zostaje trochę chleba. My wiemy, ty masz jeszcze siostry, a chleba mało. Przyjdź po chleb”.

Czasem przyniósł nam brygadzista kołchozowy trochę pszenicy czy ryżu. Mamusia tłukła pszenicę w moździerzu i gotowała z tego zupę. Chodziła też po żniwach na pole zbierać kłosy. Starsza siostra Marysia chodziła w góry z kolegą z sąsiedztwa, zbierali żółwie. Kamieniem rozbijali pancerz na żółwiu. Nie było to łatwe, skorupa na żółwiu jest gruba i twarda. Znajdowali też gniazda w piachu z jajkami żółwi. Brat po pracy chodził na ryby. Jak on je łapał, nie mam pojęcia. Wędki nie miał, rybki były bardzo małe. Mamusia czyściła je, obcinała tylko łebki i smażyła. Jedliśmy je z ościami i ogonkiem.

W tym czasie przychodziła niewielka pomoc z Ameryki – mąka, kasze, smalec, mydło. Nie było tego wiele, ale wtedy najdrobniejsza pomoc liczyła się. Jak długo brat nie wracał, robiło się ciemno, wychodziłyśmy mu naprzeciw. Pod wieczór podchodziły pod osiedle szakale, słychać było żałosne wycie, jakby płacz małych dzieci.

Z czasem w Moskwie powstał Związek Patriotów Polskich, pomagał nam w przetrwaniu. Staraniami Wandy Wasilewskiej powstał też Polski Dom Dziecka. W pierwszej kolejności przyjmowane były młodsze dzieci i sieroty. Ja z ciocią Zosią dostałyśmy się w pierwszej kolejności. Odwiozła nas ciocia Marysia. Znowu byłyśmy bez butów, ukradli nam Uzbecy. Ciocia uszyła nam bamboszki z aksamitu od ubrania krakowskiego. Właściwie tam wszystkie dzieci chodziły boso. Na nasze szczęście w Uzbekistanie nie było mrozów, raczej upały. Przejechałyśmy do miejscowości Sarasja. Było rodzeństwo Żydów Idka i Berek. To były początki. Z dnia na dzień dzieci przybywało. Siostra Marysia odjechała. Dostałyśmy trzy posiłki i po kocu. Wieczorem owinęłyśmy się kocem, położyłyśmy się na podłodze i płakałyśmy, dopóki nas sen nie zmorzył. Nie było łóżek ani pościeli. Siostra Marysia tęskniła za nami. Przyjeżdżała nas odwiedzić. Pozwolono jej zostać. Byłyśmy szczęśliwe. Dzieci przybywało.

Zakwaterowano nas w dawnej szkole. Podzielono nas wiekowo na grupy. Dostaliśmy łóżka i pościel, w łóżkach tych były pluskwy. W nocy i niemiłosiernie nas gryzły. Ktoś nawet ułożył wierszyk „Smutno mi, Boże, gdy się spać położę, a łóżka mego brzegiem maszerują pluskwy szeregiem”. Były bardzo trudne do wytępienia. Na początku nie chodziliśmy do szkoły. Dzieci początkowo uczyła pani Bela. Dostaliśmy zeszyt, ołówek, siadaliśmy na kocu w lasku z zeszytem na kolanach i stawialiśmy pierwsze literki. Po jakimś czasie chodziliśmy do normalnej szkoły, chodzili Uzbecy, Tatarzy, Rosjanie i Polacy. Uczyliśmy się języka polskiego, matematyki, historii i geografii Rosji, języka rosyjskiego. Mimo tego że otrzymywaliśmy trzy posiłki dziennie, wciąż odczuwaliśmy głód. Nauczyłyśmy się robić na drutach. Drutów z prawdziwego zdarzenia nie miałyśmy, szukało się w okolicy kawałków drutów, czubek trzeba było sklepać kamieniem. Trudno było robić na takich drutach, z czasem wyrabiały się. Obok Domu Dziecka mieścił się sąd. Urzędniczki kupowały na bazarze amerykańskie chusty, pruły je, a my robiliśmy im bluzki i sweterki. Siostra Marysia była najstarsza, zszywała i wykańczała. Za zarobione pieniądze mogłyśmy kupić na bazarze lepioszki i owoce.

Przed naszym wyjazdem do Polski siostra dostała fotografie na pamiątkę z dedykacją: „Jeśli lubisz charani, jeśli niet to zerzgi” (Jeśli lubisz to zachowaj, jeśli nie to spal). Siostra zachowała. Często chorowałyśmy na malarię, zapobiegawczo poili nas chininą. Lekarza nie było, tylko higienistka. Kiedy zachorowałam na malarię, zabrali mnie do szpitala w Stalinabadzie, dawna stolica, obecnie Baku. To był ciężki przypadek, przetoczyli mi krew i dzięki Bogu przeżyłam. W jednym roku podczas wakacji wzięła nas mamusia do siebie do kołchozu na parę dni. Doszłyśmy do rzeki, którą trzeba było przejść. Rzeki górskie nie były głębokie, ale bardzo rwące i niebezpieczne. Jechał Uzbek na koniu. Mamusia poprosiła go, żeby nam pomógł przejść. Jedną z nas wziął na konia, drugą mamusia wzięła pod pachę, drugą ręką uchwyciła konia za ogon. Na środku rzeki koń zaczął tracić grunt pod kopytami. Uzbek zaczął krzyczeć, żeby mamusia puściła konia. Nie mogła go posłuchać. Pomyślała: jeśli ja z jedną utonę, jaki los czeka tę, która na koniu? Na szczęście koń złapał grunt i szczęśliwie przeszłyśmy. W okolicy tułał się sześcioletni Uzbek, nie miał żadnej rodziny. Tamtejsze władze, nie miały go gdzie umieścić, dali go do Polskiego Domu Dziecka. Abduła bardzo szybko nauczył się mówić po polsku. Starsi chłopcy obiecali mu, że jak się skończy wojna, pojedzie z nimi do Polski. W Warszawie otworzy czajone (herbaciarnię). W takiej herbaciarni był rytuał picia herbaty nie w lokalu a na zewnątrz. Przed budynkiem były rozłożone maty, na środku stał samowar i czarki, wkoło siedzieli goście na macie. W Domu Dziecka na korytarzu wisiał głośnik, przez cały dzień nadawali widomości. Kiedy usłyszeliśmy, że koniec wojny, była wielka radość. Pierwszym transportem miały wyjechać dzieci. Mamusia z bratem zostali, czekali na następny transport. Przed wyjazdem każde dziecko otrzymało materac z waty, poduszkę i kołdrę. Każdy miał swoją półkę i wygodnie podróżował. Otrzymaliśmy trzy posiłki dziennie. Jak na tamte czasy, warunki były dobre. Przed wyjazdem tamtejsze władze nie zgodziły się na wyjazd Abduły do Polski. Było mu bardzo przykro, wierzył, że pojedzie do Polski. Był bardzo zżyty z nami. Podobno jakaś rodzina go adoptowała.

Wróciłyśmy do Polski do Gostynina pod Warszawą. Zosia napisała list do dziadków. Przyjechał po nas wujek. Dziadkowie mieszkali w niewielkiej miejscowości Szreniawa. Sąsiedzi, jak się dowiedzieli, że wróciły wnuczki z Rosji, przychodzili nas oglądać. Myśleli, że my nie mówimy po polsku. Okazało się, że mówimy ładnie po polsku. W międzyczasie wróciła mamusia z bratem. Brat otrzymał pracę i mieszkanie w Mrągowie. Czasy były ciężkie, pokutowała powojenna bieda. Dokuczała najbardziej ludziom, którzy wrócili z zesłania z niczym. Musieli od podstaw organizować życie. My jako dzieci nie miałyśmy ani dzieciństwa, ani młodości. Musieliśmy szybko wydorośleć. Wracając myślami do tamtych lat, nie ma we mnie nienawiści.

Pokrótce opisałam, to co jako dziecko sama zapamiętałam i z opowiadania mamusi i starszego rodzeństwa. Kończąc opisanie tych niecodziennych, ale autentycznych przeżyć, chciałabym, aby nasze dzieci i wnuki były świadkiem naszych doświadczeń i przeżyć”.

Praca Anny Piechowskiej pt. „Wspomnienia z Syberii” zredagowana i wydrukowana została w Działdowie 2017 r. „Z dedykacją dla rodziny…”. W jej zakończeniu: „Wracając myślami do tamtych lat, nie ma we mnie nienawiści. Pokrótce opisałam to, co zapamiętałam z opowiadań mamusi i starszego rodzeństwa. Kończąc opisywanie tych niecodziennych, ale autentycznych przeżyć, chciałabym, aby nasze dzieci i wnuki były świadkami naszych doświadczeń i przeżyć”, s. 17

 – Anna Piechowska z domu Dobaj

Anna Piechowska, „Przymusowa podróż na Syberię…”, rękopis 2016 r.
Anna Piechowska, „Przymusowa podróż na Syberię…”, rękopis 2016 r.
Udostępnij