Wesprzyj Sybirak.pl

Urodzona w towarowym wagonie

Zebrał i opracował w 2008 roku: Jan Truszkowski w tomie „Karuzele ludzkiego życia” własnego autorstwa.
Redakcja Sybirak.pl dziękuje Panu Janowi Truszkowskiemu za udostępnienie materiałów.

Janina Rybak urodzona 20.02.1946 r. w towarowym wagonie.

Z miejscowości Tymianki Adamy powiat Ostrów Mazowiecka została wywieziona na Syberię liczna rodzina: Jana i Antoniny Wojtkowskich z zaledwie dwutygodniową córką Haliną, oraz rodzicami: Wojtkowskim Wiktorem i Walerią, oraz siostra Jadwigą i bratową Wojtkowską Anną z dwuletnim synkiem Karolem.

Utrzymywali się z pięciohektarowego gospodarstwa. Nie byli więc kułakami.

Wojna

W 1939 roku wybuchła druga wojna światowa i do Tymianek wkroczyły wojska niemieckie. W wyniku podpisania paktu rosyjsko-niemieckiego, niedługo wojska niemieckie wycofały się za rzekę Bug, a na ich miejsce wkroczyły wojska rosyjskie. Na rzece Bug została ustalona pilnie strzeżona, zwłaszcza przez Rosjan, granica niemiecko-rosyjska.

Adam Wojtkowski, przeczuwając rychły moment aresztowania, uciekł do strefy niemieckiej (za Bug), gdzie miał większe szanse przetrwania, bo zamieszkał u rodziców szwagierki – Antoniny.

Łomot do drzwi, jakby dom się walił

W nocy 20.06.1941 r. rosyjscy żołnierze „zapukali” kolbami karabinowymi do drzwi Antoniny i Jana Wojtkowskich ze wsi Tymianki pow. Ostrów Mazowiecka. Mieszkańcom wydało się jakby dom się walił. Wystraszony Jan zapytał:

– Kto tam?

– Atkrywaj dwiery! – Otwieraj drzwi, padło ostre polecenie.

Do mieszkania weszło kilku rosyjskich żołnierzy. Dowódca nakazał natychmiastowe pakowanie się, bo macie być ewakuowani na inny teren Związku Radzieckiego. Matka zaczęła ubierać dzieci. Wystraszony, zdenerwowany, ojciec nie wiedział od czego ma zacząć pakowanie i co ma pakować. To spadło na nich jak grom z jasnego nieba, jak pożar. Zrozumiał, że wywożą ich na Syberię. Trzeba więc zabierać ciepłą odzież dla całej rodziny oraz produkty żywnościowe. Ręce mu się trzęsły, zaczął zbierać do worków, co się dało. W tym pakowaniu był ogromny chaos, tym bardziej, że mieli zaledwie pół godziny na spakowanie się. Czas upłynął i rodzina Wojtkowskich furmanką została zawieziona na stację kolejową w Czyżewie i załadowana do towarowego wagonu, gdzie w sumie znalazło się 80 osób. W strasznej ciasnocie, zaduchu, smrodzie, prawie bez wody, po miesięcznej podróży zawieziono ich do Komi. Jednak nie wszyscy wytrzymali ciężkie warunki podróży. Wiele starszych ludzi i małych dzieci zmarło podczas podróży. Ciała ich wyrzucane były na pobocza torowisk. Los ich był nieznany.

Syberia

Zamieszkali w prymitywnych, zapluskwionych barakach. Kierownik „uczastka” zaraz zebrał wszystkich ludzi nadających się do pracy, podzielił na trzyosobowe grupy, każdej dał ręczną piłę do drzewa, siekierę i przydzielił brygadzistę, który zaprowadził do lasu do ścinania drzew i obcinania gałęzi. Dłużyce (kloce) następnie były zwożone do rzeki, tam wiązane w długie tratwy do spławiania ich rzeką do tartaków. Wynagrodzeniem za pracę była miska rzadkiej zupy i kromka chleba. Praca ta trwała cały rok, niezależnie od pogody, czy w zimie podczas srogich mrozów. Do pracy w lesie nie szli, jedynie wtedy, gdy temperatura spadała poniżej – 40 stopni.

Gdy rzeka była skuta lodem, dłużyce były składowane na brzegu. Na wiosnę brygadzistka wyznaczyła Wojtkowską Antoninę do montowania i spławiania tratw. Była to praca ciężka i bardzo niebezpieczna. Wojtkowska nie chciała tej pracy podjąć, tłumacząc się tym, że nie umie pływać, a to grozi utonięciem.

– Jeżeli nie chcesz podjąć tej pracy, wobec tego przez miesiąc nie dostaniesz nawet miski zupy, a ty wiesz czym to grozi.

Wobec takiego szantażu, nie było wyboru. Musiała się zgodzić. Poszła razem z kilkoma innymi kobietami. A ręczne przesuwanie kloców do rzeki i w wodzie wiązanie ich w tratwy, było bardzo ciężką, niebezpieczną pracą, nie dla kobiet, lecz dla silnych mężczyzn. Na okres miesięcznego spławu, każda otrzymała bochenek chleba i pięć funtów suszonych kartofli. Ponieważ czas spływu trwał dwa, do trzech tygodni, a noce bywały nieraz bardzo zimne, otrzymała: kufajkę, walonki (filcowe buty) i czapkę uszatkę. Wszystkie flisaczki zostały zawiezione nad rzekę, gdzie okazała się już zmontowana, gotowa do spływu tratwa. Zamustrowano na nią pięć kobiet.

Najstarsza, dobrze zbudowana Rosjanka Zina, wiele lat już zajmowała się spławem tratw. Można by powiedzieć, że znała swój „fach”. Sprawdziła najpierw, czy dobrze zmontowana jest tratwa, a więc wiązania poprzeczne, podłużne, oraz czy dobrze zamontowane są wiosła na końcach tratwy, bo przy nich ciężko będą pracowały kobiety, ażeby tratwa nie osiadła na mieliźnie. Zawsze najbardziej obawiano się wiatru, który mocno spychał tratwę do brzegu, na mieliznę. W tym wypadku jedynym ratunkiem były wiosła – bardzo ciężka praca flisaków.

Wszystkie kobiety weszły na tratwę, ale Antonina widząc ogromne powierzchnie wody, nie chciała wejść, obawiając się, że to będzie już ostatnie jej wejście na tę tratwę. Koleżanki gorąco namawiały ją do wejścia, tłumacząc, że one też nie umieją pływać i kilka takich kursów już zrobiły. Na tratwę już przeniosły jej tobołek z żywnością i odzieżą, w końcu wzięły ją za ręce i niemal siłą zaciągnęły na tratwę mówiąc:

– Chodź z nami nic złego tobie nie stanie się. Będziemy ciebie bardzo pilnowały.

Antonina ze łzami w oczach weszła na tratwę. W myślach żegnała się ze światem, a szczególnie z kochanym mężem. Koleżanki ustawicznie uspokajały ją, zagadywały opowiadając różne zabawne historie. W końcu zdjęto cumy, dłuższy czas odpychano tratwę od brzegu. Nurt wody zaczął wolniutko unosić tratwę z prądem. Robotnicy z brzegu w końcu już przestali odpychać tratwę, ale flisaczki nadal odpychały się od brzegu na środek rzeki. Ponieważ prąd rzeki był słaby, tratwa poruszalna się wolniutko. W końcu Zina podała komendę:

– Wiosła zarzuć na tratwę.

Dalej tratwa wolniutko płynęła, a kobiety posiadały na platformie, na środku tratwy. Poczuły silne uczucie głodu. Nadszedł czas posiłku. Najpierw należy zjeść chleb, ale nie na raz, bo podróż może jeszcze trwać wiele dni. Kubkiem Ziny każda napiła się wody z rzeki i poczuły się szczęśliwe, bo syte. Oto jak niewiele do szczęścia potrzeba głodnemu człowiekowi. Na razie nie zachodzi potrzeba wiosłowania. Tratwa płynie prawidłowo. Nastała chwila rozkosznego odpoczynku, czego podczas pracy w lesie nie było.

Obie strony rzeki były porośnięte bujną roślinnością. Po stronie lewej rosły wysokie, ładne lasy drzew iglastych, przeważnie sosny, cedry i czasami świerki. Prawa zaś strona była bagnista, o czym świadczyły gęste zarośla krzewów i niskich drzew liściastych. Słońce znalazło się niemal w zenicie, a więc niesamowicie dopiekało. Nie było gdzie się schronić, ani czym je zasłonić. Ponieważ rzeka była bardzo kręta, na każdym zakręcie należało mocno wiosłować, aby skierować tratwę do środka rzeki. Były chwile odpoczynku, gdy rzeka była prosta. Jednak częściej kobiety stały przy wiosłach. W końcu nadszedł wieczór. Słońce przestało doskwierać. Ale pojawiły się dokuczliwe komary. W końcu Zina na brzegu tratwy rozpaliła małe ognisko. Odpędziło to nieco komary, ale nie na długo.

Po prawej stronie, nad ciemną zielenią drzew pojawiła się duża czerwona kula zachodzącego słońca, która coraz bardziej się opuszczała rozlewając intensywny czerwony blask zachodzącego słońca. Światło pochodzące z tej czerwonej kuli było na tyle słabe, że można było słońce swobodnie obserwować gołym okiem. W końcu czerwona kula schowała się za lasem, nie było jej widać, jedynie szeroko rozlało się purpurowe światło, które na niebie, coraz bardziej bladło i przechodziło w kolor pomarańczowy, żółty, potem w jasnoniebieski, niebieski i dalej po stronie wschodniej przeszło w kolor granatowy. Tu ciemny las zmieszał się ciemnym granatem nieba. Tu horyzontu już nie było widać. Kolory niemal zanikły w ciemności nocy.

Antonina urzeczona tym cudownym zjawiskiem na chwilę zapomniała, gdzie się znajduje i co ją może spotkać. Zapomniała nawet o rodzinie, o mężu i o Polsce. Do rzeczywistości sprowadziły ją wszędobylskie, dokuczliwe komary, które niemiłosiernie dobierały się do krwi. To było na wodzie, a jak one mogą teraz dokuczać na lądzie, gdzie są ich całe chmary?

Ta bajeczna gra kolorów świateł, po pewnym czasie zaczęła się zmieniać. Ciemnoczerwone kolory na niebie jeszcze całkiem nie zgasły, a tu bliżej strony wschodniej, kolory bladły, wyżej na niebie niebieskie kolory pojaśniały, ciemne brzegi rzeki zaczęły być bardziej widoczne i słychać było tylko wolny, rytmiczny plusk wioseł uderzanych o wodę. Słaba zorza jeszcze świeciła, a tu zaczęło się jakby nowe zjawisko, z czym nasza Polka dotychczas jeszcze nie spotkała się.

Blady blask zachodzącego słońca nie pozwolił zapaść nocnym ciemnościom, do jakich Antosia była przyzwyczajona w Polsce. Dookoła panowała przyjemna cisza, jakby zapowiedź czegoś, co miało za chwilę nastąpić. Świeże, orzeźwiające powietrze dopełniało reszty cudownego przeżycia Antoniny z jakim pierwszy raz w życiu spotkała się. Nagle wzrok jej zatrzymał się na brzegu tratwy, gdzie była już ta groźna woda. Przecież Antosia nie umie pływać, a woda dla niej stanowi duże niebezpieczeństwo. Jednak z upływem czasu, coraz bardziej oswajała się z tym widokiem i po kilku dniach przywykła już do owego widoku.

W końcu słońce bardzo szybko wyszło zza horyzontu i niemal nagle nastał jasny poranek, a potem dzień. Stało się nieporównywalnie szybciej aniżeli podczas zachodu słońca i nie było tyle ciekawych kolorów, zjawisk i przeżyć.

Na szczęście dopisywała słoneczna i prawie bezwietrzna pogoda, a więc wiosłowanie potrzebne było tylko na zakolach rzeki, bo nie było bocznego wiatru, który by spychał tratwę do brzegu.

Antonina już przywykła do nowego rytmu dnia i do nowych warunków, gdzie sen był nieregularny. Pewnego dnia zasnęła smacznym snem. Coś przyjemnego jej się śniło i nagle bardzo głośny ryk syreny przepływającego statku obudził ją. Bardzo wystraszyła się. Była zupełnie zdezorientowana. Statek popłynął dalej, tratwa jest na środku rzeki i stoi w miejscu, nie płynie. Czemu? Okazuje się, że na środku rzeki była mielizna, Zina przegapiła znaki ostrzegawcze i nie sprowadziła tratwy bliżej brzegu. Trudno trzeba czekać na holownik, który ściągnie tratwę z mielizny. Ile to potrwa. Nie wiadomo. Może tydzień, a może i dłużej. Co będzie z jedzeniem, skoro ich zapasy już są na wyczerpaniu. Dalej czeka ich głodówka.

Był wczesny ranek. Antonina postanowiła ratować się ucieczką z tratwy. Już wcześniej zaplanowała, że w razie jakiegoś nieszczęścia i wpadłaby do wody, to musi uczepić się jakiegoś drewna, które nie pozwoli jej utonąć. Skoro tutaj jest płytko, to nadeszła okazja opuszczenia tratwy. Wzięła do ręki drąg i z nim weszła do wody. Było płytko. Ale idąc do brzegu woda stawała się co raz głębsza. Już sięgała do pasa. Ze strachu serce, coraz mocniej zaczęło bić. Może wracać? Zastanawiała się. Ale może druga taka okazja się nie nadarzyć? Postanawia iść dalej, woda stawała się głębsza i głębsza, wreszcie zaczęła prawie unosić się na wodzie. Jedną ręką mocno trzymała się drewna, a drugą wiosłowała w kierunku brzegu. Koleżanki z tratwy krzyczały, aby mocno machała nogami i ręką. Zastosowała się do rad koleżanek. Pomogło. Wprawdzie woda zniosła ją bardzo daleko, ale szczęśliwie dotarła do brzegu. Wyszła, cała mokra. Woda lała się z jej mokrych waciaków. Z wrażenia ledwo utrzymuje się na nogach. Zaraz rozebrała się do naga. Całą odzież dobrze wykręciła, ażeby jak najwięcej wyżąć wody. Następnie wszystkie swoje szmatki rozwiesiła na krzakach, by do wieczora zdążyły nieco wyschnąć. Zastanawiała się, co ma robić dalej? Czy ktoś nie napotka jej tu gołej? Co będzie jadła bo nie ma nic do jedzenia? Odzież schnie, a ona zaczęła rozglądać się za jakimiś roślinami, co by tu dało się jeść. Co spróbuje, nie do jedzenia. Przy podmytym brzegu, osuwająca się ziemia odkryła jakieś czarne korzenie i na nich czarne zgrubienia. Ugryzła. Okazały się soczyste i niezłe w smaku. To był jej pierwszy w tym dniu „posiłek”. Jadła tego sporo, ale do zaspokojenia głodu było daleko. Na silnym słońcu cienkie szmatki jej ubrania wyschły szybko. Zaś kufajka musiała schnąć znacznie dłużej. Teraz ubrana mogłaby już iść, ale dokąd, w którą stronę? Nie wie i nie ma kogo zapytać. Należy iść w górę rzeki, skoro stamtąd parę dni temu wypłynęli.

Nadszedł wieczór, trzeba przygotować jakieś legowisko, ażeby nieco skryć się przed komarami i ochronić od nocnego zimna. Nigdy dotychczas tego nie robiła. Potrzeba jest matką wynalazków. W tym celu zaczęła łamać gałęzie i układać je stożkowo wokół jednego, ogołoconego z gałęzi małego drzewka. Utworzyła jakby stożek, pod który od dołu wcisnęła się do środka. Na głowę nałożyła jeszcze nieco mokrą czapkę, włożyła ciężką od wody kufajkę, wcisnęła się do swego szałasu by tam trochę skryć się przed komarami i nocnym chłodem. Zwinęła się w rogalik, aby przed komarami jak najbardziej osłonić twarz i ręce. Zmęczona szybko zasnęła. Sen był krótki, bo i noc była krótka. W szałasie było ciemno, ale śpiew ptaków oznajmił, że jest już dzień i należy wstać. Spojrzała w górę i nad głową ujrzała na liściach mnóstwo kropelek rosy, którą utworzyły pary z jej jeszcze nie całkiem wyschłej odzieży i z wydychanej pary, która skraplała się na liściach. Wyszła na zewnątrz, zdjęła kufajkę i ta w porannym, zimnym otoczeniu parowała. Zrobiło się jej zimno. Aby się rozgrzać, zaczęła chodzić. Poszła w kierunku tratwy, zobaczyć, czy już ją ściągnęli. Niestety jeszcze stała na mieliźnie. Tam pojadła trochę soczystych korzonków i postanowiła ruszyć w górę rzeki. Może tam kogoś spotka. Bała się po drodze napotkać jakieś dzikie zwierzę, czy też żmiję, które tu często trafiały się.

Wprawdzie słońce już mocno grzało, ale idąc często zalesionym brzegiem dawało przyjemny chłodek. Coraz częściej siadała odpocząć, bo coraz bardziej opuszczały ją siły. Idąc brzegiem, cały czas spoglądała na lustro wody i od czasu do czasu rzucała okiem na drugi brzeg rzeki. W pewnym momencie dostrzegła tam bardzo małą ludzką sylwetkę. Ucieszyła się. Co z tego skoro nie ma żadnego środka przedostania się na drugi brzeg. Tak dla zabawy głośno krzyknęła: hop, hop. Chwila ciszy i usłyszała odpowiedź: hop, hop. Wydał się jej jakiś niby znajomy głos. Powtórzyła nawoływanie. W odpowiedzi usłyszała Tosia!!! Czyżby to nawołuje mnie Jadzia? Pomyślała. Ale skąd ona mogła się tam wziąć? Przecież Jadzia wypłynęła na tratwie parę dni wcześniej. Ponownie zawołała Ja-dzia! Za chwilę Jadzia znów się odezwała. Wydało się jej jakby Jadzia powiedziała, że idzie do obozu. Ale nie była tego pewna.

Ponieważ Jadzia również szła nad samą wodą, bo miejscami nie było żadnych zarośli, to tędy szybciej można było się poruszać. W końcu Jadzia znikła jej z oczu. Ten daleki i krótki kontakt z Jadzią napawał Tosię nadzieją, że może ona dotrze do obozu skąd może nadejść jakiś ratunek.

Halucynacje czy sen?

Antoninę co raz bardziej opuszczały siły. Wyszła na brzeg do lasu, usiadła pod grubą sosną i oparta o drzewo, wyjęła z kieszeni różaniec, z którym nigdy się nie rozstawała. Żarliwie modliła się prosząc Boga, aby ją nie opuszczał, aby dał jej jakiś ratunek, wskazał jakąś pomoc, bo siły ją już całkowicie opuściły. Na różaniec spady krople łez. Dłonią wytarła je, wytarła oczy i nadal modliła się. Nie wiadomo kiedy zasnęła.

W pewnym momencie przed jej oczami ukazała się piękna zielona równiutka łąka, po której wolniutko poruszał się jakiś obdarty stary mężczyzna. Przestraszyła się nieznajomego. Ale ku zadowoleniu Tosi ów mężczyzna oddalał się. Nie wiedziała czy cieszyć się z tego, a może by tak za nim pójść? Pomyślała. Nagle poderwała się na nogi, aby za nim podążyć, bo może on wskazał jej drogę do jakiejś miejscowości? Może to był jakiś znak. Gdy wstała, zobaczyła przed sobą las, a za drzewami płynącą rzekę. A może to jakaś siła wyższa pojawiła się i wskazała w którą stronę ma iść?

Przerzuciła kufajkę przez ramię i poszła w kierunku, w jakim poszedł ów mężczyzna. Wolniutko idąc, opędzała komary brzozową gałązką. Późnym popołudniem znalazła się w gęstych krzakach wierzbowych. Dobre miejsce na nocleg, pomyślała. Znów zbudowała szałas, w którym spędziła kolejną noc. Tu było znacznie cieplej, bo szałas był zbudowany z większej ilości gałęzi, a odzież była już całkiem sucha. Sen był przyjemny. Rano nie chciało się jej wychodzić z szałasu, a i sił już nie miała żeby dalej iść. Czyżby już tu miałaby zakończyć swoją ziemską wędrówkę? Czy to już nastał kres jej życia? Przed śmiercią nie zobaczy nawet swojej małej pociechy. Gdy śmierć zajrzała w oczy młodej kobiecie, obleciał ją strach. Zerwała się na nogi i sama do siebie głośno zaczęła mówić:

– Nie, jeszcze nie teraz, ja muszę dotrzeć do obozu, muszę jeszcze zobaczyć się z rodziną. Muszę, muszę!!!

Jednak z każdym krokiem siły ją opuszczały. Nogi stawały się coraz cięższe. Nie ma już sił dalej iść. Usiadła pod drzewem, aby nieco odpocząć, choć trochę nabrać sił, by znów wyruszyć w drogę.

W tej sytuacji zagrożenia życia Antonina nie miała już żadnych szans na pokonanie przeciwności, pogodziła się z losem. Nawet zrobiła rachunek sumienia, wyspowiadała się przed Bogiem i przed sobą, bo siły całkowicie ją opuściły i opadające ze zmęczenia powieki, otwierały jej bramy do wieczności. Jest to przyjemne odejście w ciszy i spokoju. Po prostu człowiek spokojnie odchodzi, odchodzi i zasypia. Jest to bardzo przyjemna śmierć, bez bólu dolegliwości. Oto tak odchodziła Antonina z tej ziemskiej wędrówki w samotności, bez rodziny znajomych i bliźnich, na zupełnym odludziu. Bardzo przykro rozstawać się z tym pięknym światem w takich okolicznościach w dodatku na początku ludzkiego życia.

Tymczasem Jadzia dziarskim krokiem szła w górę rzeki, aby jak najszybciej dotrzeć do obozu, do rodziny. Wreszcie dotarła do obozu i powiedziała rodzinie, gdzie może być teraz Antonina. Janek natychmiast udał się do kierownika, by poinformować go o zaginionej. Ten wyznaczył dwie osoby, które z Jankiem udały się na poszukiwanie zagubionej. Zgubę odnaleźli na drugi dzień, dotarli do zupełnie wyczerpanej Antoniny, znaleźli ją w stanie całkowitego wyczerpania. Nie miała już sił iść dalej. Nawet ciężko było jej mówić. Gdyby nie pomoc, Antonina by w tym lesie zakończyła swoją ziemską podróż.

Od Janka dostała chleb, zjadła, popiła wodą, dłuższą chwilę porozmawiali, aby posiłek ją trochę wzmocnił. Antosia wypytała o córeczkę, rodzinę, bo chciała przed śmiercią się z nimi zobaczyć. Okazało się, że w rodzinie wszystko jest w najlepszym porządku.

Gdy nabrała nieco sił, wstała i wolniutko udali się w drogę powrotną. Wprawdzie była prowadzona pod ręce, to chęć dotarcia do domu, dodawała jej sił i wzbudzała nadzieję na dalsze życie. Ta nadzieja na dalsze życie wyzwoliła z niej niezgłębione pokłady chęci nie tylko do życia, ale i na powrót do kraju. Jak widać chociażby z tego konkretnego przykładu, nadzieja czyni cuda, wyzwala siły, daje chęć do dalszego działania, nie poddawania się przeciwnościom i pomaga te przeciwności bardziej skutecznie pokonywać. Jak w tym przypadku, w zupełnie wyczerpanej osobie wyzwoliły się ogromne pokłady chęci do życia i wreszcie do marszu. Można by rzec, nadzieja czyni cuda. Nie ważne, że może to się później odbić na jej zdrowiu, ale na razie życie będzie uratowane. I to było wielkie zwycięstwo w walce o własne życie.

Po dotarciu do domu wszyscy rzucili się powitać zaginioną, ze wszystkimi się witała, ale gdy podeszła do niej mała córeczka Halina, wzięła ją na kolana, mocno przytuliła do piersi, gorąco ucałowała, pokropiła córeczkę rzęsistymi łzami i z nikim już nie zdradzała chęci witania się. Teraz miała przy sobie największe swoje szczęście, dla którego wart był ten ogromny wysiłek.

Autor doskonale rozumie ten moment w życiu Antoniny, bo na jego syberyjskiej drodze życia podobne przypadki również miały miejsce. To było tak, jakby on sam kolejny raz w życiu sam to przeżywał.

Po szczęśliwym dotarciu do obozu Antonina dłuższy czas dochodziła do zdrowia. Nie chodziła do pracy, tylko leżała i przez okres dwu tygodni nabierała sił. Do pracy w lesie, nadal przy wyrębie lasu, poszła po dwu tygodniach. Należy zaznaczyć, że w tym czasie jeszcze była wojna i we wszystkich kołchozach panowała straszna bieda, głód.

Gdy front niemiecko-rosyjski przesunął się na tereny zachodnie, wówczas można było przenieść się na zachodnie rubieże ZR [Związku Radzieckiego – przyp. red.]. Wtedy zebrała się grupa Polaków i postanowili przejechać na Ukrainę. Podróż ta trwała bardzo długo, ale wreszcie znaleźli się na Ukrainie, to prawie już jak w Polsce. Tu cała rodzina pracowała w kołchozie, a więc warunki materialne uległy znacznej poprawie. Z wielkim utęsknieniem wszyscy Polacy oczekiwali chwili powrotu do kraju. W ostatnim roku pobytu na zesłaniu Antonina zaszła z ciążę. Witkowscy sądzili, że Antosia urodzi dziecko już w Polsce dlatego tak bardzo chcieli jak najszybciej tam znaleźć się. Ale ów powrót ciągle był przekładany. Wreszcie otrzymali pozwolenie wyjazdu do kraju. Wykupili bilety (oczywiście na pociąg towarowy), zarezerwowali miejsce i oczekiwali na podstawienie pociągu. Na szczęście pociąg został podstawiony dość szybko. Ludzie ochoczo wskakiwali do wagonów, wrzucali swoje bagaże, wciągali jeden drugiego do środka. Zapanowała wielka euforia, radość. Po dłuższym postoju pociąg ruszył do Polski. Wolniutko zmierzał do wymarzonego kraju. Dojechali do Pińska na Białorusi i tu nastąpiło coś, czego się nie spodziewali. Na skutek dużych emocji i fizycznego wysiłku Antoniny, pojawiły się u niej bóle porodowe, które z upływem czasu nasilały się. Wreszcie odeszły wody, co było niezaprzeczalnym dowodem, że za moment może urodzić się dziecko. Co w takich warunkach począć. Przecież karetki w drodze nie wezwą. Wówczas musieliby przerwać podróż, a co wówczas stanie się z dzieckiem. Mogą noworodka zabrać do D Dz [domu dziecka – przyp. red.]. Tego najbardziej obawiali się rodzice. Wśród pasażerów nie było ani lekarza, ani pielęgniarki. Pełen wagon ludzi i nie ma żadnej pomocy rodzącej kobiecie. Zrozpaczona babcia ze łzami w oczach donośnym głosem zwraca się do pasażerów:

– Ludzie! Na miłość Boską! Może ktoś potrafi odebrać poród, niech pomoże, błagam na wszystkie świętości!

Po tym wzruszającym apelu zgłosiła się starsza pani Franciszka Rzecka, która przed wojną kilka porodów już odebrała i wiedziała, co w takiej sytuacji należy robić. Podeszła do leżącej na tobołach i jęczącej z bólu kobiety i powiedziała:

– Jaka może być moja pomoc, skoro nie ma tu ani miednicy, wody, pieluch, a w dodatku w nie ogrzewanym wagonie jest straszny ziąb. Tu woda zamarza, to co będzie z dzieckiem? To ono nie umyte też zaraz zamarznie. Moja pomoc może okazać się całkiem nieskuteczna. Powiedziała zmartwiona Franciszka.

– No, ale nie możemy zostawić matki i dziecka bez żadnej pomocy, musi pani coś pomóc, nawet w takich warunkach w jakich myśmy się tu zaleźli. Może uda się uratować kobietę, a może nawet i dziecko, niech pani nie odmawia, błagam panią. – Prosiła babcia.

– Nie musi mnie pani błagać, chętnie pomogę.

Franciszka dziarsko zabrała się do odbioru porodu. Najpierw przygotowała dobre legowisko. Ułożyła równo tobołki, nakryła je pierzyną przykryła kocami i prześcieradłami. Następnie aby rodząca nie zmarzła, przykryła ją prześcieradłem i swoją kołdrą, która nie będzie się podwijała jak w przypadku pierzyny. Następnie zebrała wszelkie ręczniki i szmatki, jakie kto miał w wagonie. Bóle Antoniny pojawiały się coraz częściej. Franciszka stwierdziła, że poród może nastąpi już za moment. Niestety tak się nie stało. Musiała jeszcze Antoninę przymuszać do co raz to większego parcia, do większego wysiłku. Ale Antosi sił już nie starczało. Jednak za kolejnym razem udało się i nagle dziecko było już na prześcieradle. Franciszka doskonale wiedziała, co ma dalej robić. Szybciutko odcięła pępowinę, zawiązała ją jakąś tasiemką, babcia Helena zdjęła z głowy chustę, którą został owinięty noworodek i położony matce na brzuch pod kołdrę, którą była przykryta matka. Gdy dziecko usłyszało bicie serca matki, nagle przestało płakać, bo przecież cały czas słyszało to bicie serca, będąc jeszcze w łonie matki.

Tak urodziła się w towarowym wagonie Janina dnia 20.02.1946 roku.

Na razie są uratowani zarówno dziecko, jak i matka, ale co będzie na granicy, przecież dziecko nie figuruje w dokumentach, mogą dziecko zabrać. A może nawet i zatrzymać całą rodzinę. Podczas kontroli na granicy wprawdzie żołnierz dopytywał się czy to w waszym wagonie urodziło się dziecko? wszyscy jednak zaprzeczyli takim wiadomościom. Nic nie pozostało, skontrolował wszystkich w wagonie i poszedł sobie. Wreszcie wszyscy pasażerowie z ulgą odetchnęli. Ów żywy „przemyt” udał się doskonale. Dziecko znalazło się w Polsce, to tak jakby urodziło się w Polsce. Wszyscy w wagonie dziękowali pani Franciszce za uratowanie życia matce i dziecku, bo poród był odebrany poprawnie, choć w niezwykle trudnych warunkach.

Na miejsce do wsi Tymianki przyjechali dnia 4.04.1946 roku i dopiero tu od urodzenia, po raz pierwszy mała Janina została wykąpana.

Udostępnij